Recenzja filmu "X-Men: Przeszłość, która nadejdzie"

Kolejna odsłona cyklu o walecznych mutantach jest obrazem zupełnie innym od pozostałych wysokobudżetowych produkcji superbohaterskich. Chociaż w filmie nie brakuje akcji, reżyser skupia się na portretowaniu psychiki swoich bohaterów oraz relacji między nimi.

Bryan Singer podczas produkcji nowej części X-Menów wysoko ustawił sobie poprzeczkę. Reżyser nie tylko postanowił posklejać niezbyt spójną serię o mutantach w logiczną całość. Zapragnął również opowiedzieć o ich przygodach w taki sposób, by nadać swoim bohaterom głębi, nie popadając jednocześnie w zbytni patos. Gdyby tego było mało, Singer jako podstawę nowego filmu wybrał komiksy opowiadające o podróży w czasie i zmienianiu biegu historii. Niesamowicie ambitny plan, który udało się zrealizować niemal w stu procentach.

Rok 2023 w uniwersum X-Menów przypomina przyszłość z Terminatora. Na zgliszczach miast toczy się wojna z maszynami, których zadaniem jest eliminowanie pozostających na wolności posiadaczy genu X. Podobnie jak członkowie ruchu oporu z filmu Camerona, garstka ocalałych mutantów postanawia zapobiec katastrofie, zmieniając historię. Kylem Reesem X-menów zostaje Logan, który dzięki mocy Kitty Pryde przenosi się umysłem do przeszłości.

Od tego momentu akcja filmu toczy się dwutorowo. Przez większość czasu obserwujemy poczynania Wolverine’a w roku 1973, w najbardziej emocjonujących momentach przenosząc się z powrotem do XXI wieku. Reżyser doskonale poradził sobie z kompozycją obu osi fabularnych, podkreślając montażem dramaturgię  wydarzeń. Pozwoliło to również na zobrazowanie relacji pomiędzy kluczowymi postaciami Xaviera oraz Magneto, których wzajemne stosunki przez 50 lat uległy ogromnym zmianom.

To właśnie psychologia postaci zajmuje w Przeszłości, która nadejdzie pierwsze miejsce, na dalszy plan spychając fabułę. Wydarzenia przedstawione w  filmie służą tak naprawdę konfrontacji postaw bohaterów oraz ciągłemu pogłębianiu ich charakterystyki. Singer zdaje sobie jednak sprawę, że nie można zrobić filmu o X-Menach zupełnie pozbawionego efektownych potyczek. Reżyser rozsądnie rozwiązuje ten problem, umieszczając najbardziej widowiskowe sceny akcji w przyszłości. Takie posunięcie nie jest również pozbawione uzasadnienia fabularnego. Mutanci w roku 2023 żyją w obliczu ciągłego zagrożenia ze strony Strażników, którzy zmuszają ich do nieustającej walki i ucieczki. Nie oznacza to jednak, że przedstawiona w filmie przeszłość jest nudna. W latach 70. również znajduje się kilka scen akcji, mają one jednak mniejszy rozmach i służą głównie zmuszeniu bohaterów do działania i podejmowania decyzji. Twórcy budują profile psychologiczne postaci nie tylko za pomocą świetnie rozpisanych dialogów, ale przede wszystkim poprzez wydarzenia, w centrum których stawiają bohaterów i brzemienne w skutki wybory, których każą im dokonywać. Reżyser sprawnie manipuluje tempem akcji, nie pozwalając, by jego film wpadł w pułapkę „przegadania”.

Biorąc pod uwagę czysto rozrywkowy charakter większości filmów o superbohaterach, trzeba przyznać, że twórcy wykreowali bohaterów wyjątkowo złożonych. Każdy scenariusz może jednak zostać pogrążony przez kiepskich aktorów, którzy nie tchną życia w odtwarzane przez siebie role. W przypadku X-Men: Przeszłość, która nadejdzie mamy na szczęście do czynienia z sytuacją przeciwną. James McAvoy (Profesor X), Michael Fassbender (Magneto) oraz Jennifer Lawrence (Mistique) poradzili sobie z postawionym przed nimi zadaniem wyśmienicie. Autentyzm granych przez nich postaci jest tak duży, że czasem widz odnosi wrażenie, iż ogląda psychologiczny dramat, nie zaś przygody superherosów. Dużo gorzej wypada niestety Peter Dinklage (Bolivar Trask), którego postać została potraktowana przez twórców po macoszemu. Trask, kreowany na głównego antagonistę Przeszłości, która nadejdzie, w porównaniu do trójki mutantów, jest postacią jednowymiarową, której motywacja zostaje nakreślona w zaledwie kilku zdaniach. Ulubieniec fanów Gry o Tron nie ma okazji, żeby popisać się na ekranie elokwencją znaną z serialu HBO, gdyż w filmie Singera więcej chodzi niż mówi.

Oglądając X-Men: Przeszłość, która nadejdzie dobrze jest znać niuanse całej serii o mutantach, by w pełni zrozumieć niektóre sceny odnoszące się do pozostałych odsłon cyklu. Absolutnie niezbędna jest z kolei znajomość Pierwszej klasy, której nowy film jest rozwinięciem. Dotyczy to w mniejszym stopniu wydarzeń ukazanych w filmie Matthew Vaughna, w większym zaś stosunków między bohaterami, które ewoluują na przestrzeni tych dwóch części. Bryan Singer postanowił wykorzystać wątek podróży w czasie, by niejako zrestartować i uporządkować filmowy świat X-Menów. Przedsięwzięcie to zakończyło się częściowym sukcesem. Reżyser stworzył alternatywną wersję historii, by zapewnić twórcom kolejnych części serii jak największą swobodę w kreowaniu losów bohaterów. Jednocześnie dużą część tej wolności odbierają im ostatnie sceny filmu, stanowiące gigantyczny spoiler dotyczący niektórych postaci. Singer niestety nie wykorzystał okazji, by wyjaśnić przynajmniej część nieścisłości zachodzących pomiędzy poprzednimi filmami. Ponadto dodał do ich listy kolejną – metalowe pazury Logana.

Filmy o superherosach można realizować na wiele sposobów. Bryan Singer proponuje widzom stylistykę odmienną zarówno od komediowych i przepełnionych akcją produkcji Disneya czy Sony, jak i od mrocznych, patetycznych obrazów Warner Bros. Chociaż nie stroni od efektownych scen, swoją uwagę częściej kieruje ku niejednoznacznym postaciom, ich dylematom oraz relacjom pomiędzy nimi. Różnorodne postawy, jakie sobą prezentują bohaterowie, problemy, wobec których stają oraz zmiany, jakie dokonują się w ich psychice, to główne tematy najnowszego dzieła Singera. X-Men: Przeszłość, która nadejdzie to dzięki temu film wyjątkowy na tle innych przedstawicieli gatunku. A czy może być lepsza rekomendacja dla filmu o mutantach niż odmienność?


blog comments powered by Disqus