"Nigdy cię tu nie było" - recenzja filmu

nigdy cię tu nie było recenzjaLynne Ramsay wraca po siedmiu latach z kolejnym zaskakującym filmem. Nigdy Cię tu nie było to rasowy thriller na najwyższym poziomie. Reżyserka zgrabnie manipuluje konwencją, odsyłając widza do ponadczasowych klasyków kina takich jak Leon zawodowiec, Taksówkarz czy też Psychoza. Chyli czoła przed ich twórcami, dzięki czemu esencja tego obrazu jest jeszcze pełniejsza. Z przyjemnością odkrywa się mroczne zakamarki umysłu głównego bohatera.


Joe (Joaquin Phoenix) od początku jest tajemniczą postacią. Niewiele mówi, ale bardzo dużo pokazuje swoją aparycją. Jest mroczny, brutalny i na pierwszy rzut oka pozbawiony skrupułów. Mieszka ze swoją już wiekową matką, a na życie zarabia wykonując „brudną robotę”. Robi to sprawnie, szybko i bez mrugnięcia okiem, niczym Leon Zawodowiec. Ten na pozór chłodny typ odnajduje ukojenie w pewnych błękitnych oczach z kolejnego zlecenia. Jednakże teoretycznie prosta sprawa komplikuje się w dość niespodziewany sposób. Od tego momentu film zaczyna przypominać polowanie, w którym przeżyć może tylko najsilniejszy. Joe, niczym bohaterowie Jarmuscha, przechodzi przemianę. Droga, jaką pokonuje od miejsca, w którym go poznajemy, do miejsca, w którym kończy, jest pełna krwi oraz trupów. Jednak w pewien sposób w tym brudnym świecie odnajduje też miłość.

 

nigdy cię tu nie było recenzja


Niepowtarzalny klimat w Nigdy Cię tu nie było to w dużej mierze zasługa Jaquina Phoenixa, który dosłownie przeszedł sam siebie w tej roli. Raz, że fizycznie bardzo się zmienił, dwa – jego gra aktorska osiągnęła nowy poziom. To głównie on oraz od pewnego momentu jego urocza „Matylda”, czyli młodziutka Nina Votto (Ekaterina Samsonov) nadają charakter temu scenariuszowi. Różni ich tyle samo, co łączy. Ona: krucha, delikatna, nieskalana, piękna. On: mężczyzna w sile wieku, po przejściach z morderczą iskrą w oczach. Odnajdują się w tym chaosie zdarzeń i w niewinny sposób okazują sobie wsparcie oraz przywiązanie.


Historia pokazana przez Ramsay naładowana jest napięciem elektrycznym. Widz przez cały seans siedzi jak na szpilkach, czekając do kulminacyjnego momentu. Smaczku tego wszystkiemu dodaje muzyka skomponowana przez Johnny'ego Greenwooda z Radiohead. Elektroniczne dźwięki przeszywają ciało, idealnie dopasowując się do emocji głównego bohatera. Są tak samo głębokie i mroczne jak jego dusza, w której pięknie odbija się blask miasta. Niczym światełko nadziei na końcu ciemnego tunelu.

 

 

 


blog comments powered by Disqus