Smutny jest ten świat

plakat filmu Smutny jest ten świat

David Fincher to praktycznie ostatni hollywoodzki reżyser, który stara się udawać, że taki termin jak „happy end”, nie istnieje. Wszystkie jego filmy z założenia muszą kończyć się pesymistycznie. Albo przynajmniej tak, że widz po seansie pozostaje w stanie lekkiego szoku. Liczne zwroty akcji, brak choćby jednej obiektywnie dobrej postaci, duszność, mroczność i owe „sad endy”- to znaki rozpoznawcze kina Davida Finchera.

Jego najnowsze dzieło Zodiak idealnie wpisuje się w to emploi, co zresztą potwierdza sam punkt wyjścia dla fabuły filmu. Bo czy historia legendarnego seryjnego zabójcy, który przyznał się do popełnienia 37 morderstw na terenie San Francisco i okolic, jest gwarantem kina lekkiego, łatwego i przyjemnego?

To, że reżyser w tej tematyce czuje się jak ryba w wodzie widać od razu. Choćby po świetnych zdjęciach, które ukazują San Francisco, miasto z założenia słoneczne i pełne życia, jako ponure i niebezpieczne. U Finchera bliżej mu do Nowego Jorku, który był miejscem akcji jego poprzednich filmów (Podziemny krąg, Gra). Najważniejsze jest jednak, że tym razem reżyser porzucił dwa najważniejsze elementy swojego kina - wartką akcję i bliski teledyskom montaż. Tym razem otrzymujemy dzieło mocno stonowane, oszczędne w środkach, w którym napięcie budują przede wszystkim zdjęcia, brudne, przez większość filmu kręcone w zamkniętych pomieszczeniach ze sztucznym światłem, lub w nocy. Zaś genialnie dobrana muzyka tworzy wrażenie przeniesienia w czasy opisywanych wydarzeń.

W Zodiaku Fincher stara się spenetrować „gorszą” i „brzydszą” stronę ludzkiej psychiki, jednak o ile w Siedem czy w Azylu towarzyszyła temu płynna i szybka akcja, to tym razem jest jej tu jak na lekarstwo. Owszem, jest tajemnica - próbujemy odgadnąć, kto jest mordercą oraz co oznaczają szyfrowane wiadomości, które zbrodniarz przesyła redakcjom pism. Jednak w porównaniu z poprzednimi filmami Finchera rozwija się ona dość wolno. Tym razem reżysera nie interesują morderstwa same w sobie, lecz raczej ich oddźwięk.

Głównym tematem Zodiaku nie jest, więc tytułowy morderca, ale ludzie, którzy go ścigają oraz media i społeczeństwo. W wypadku rysownika Roberta Graysmitha (świetny Jake Gyllenhaal), który pracował w gazecie, do której przesyłał listy Zodiak, cała historia przeradza się w obsesję bezsensowną i wyniszczającą. Graysmith traci pracę i rodzinę, Paul Avery, dziennikarz zajmujący się sprawą Zodiaka, kończy jako alkoholik i umiera na rozedmę płuc, a Dave Toschi, policjant ścigający mordercę, zostaje usunięty z wydziału zabójstw.  

Bezsens całej historii i obsesji na punkcie Zodiaka podkreśla Fincher parokrotnie, ukazując, że została ona sprokurowana głównie przez media, które stworzyły sensację podwyższającą ich sprzedaż, oglądalność i powodującą panikę wśród ludzi. Fincher przez jednego bohatera mówi: ta medialna heca mówiła o zabójcy, któremu udowodniono cztery morderstwa. Tylko 4! Dziennie więcej ludzi ginie w San Francisco w wypadkach drogowych.

Najbardziej pesymistyczne jest jednak to, że zabójca dopiął swego. Mordował nie dla czystej satysfakcji, ale po to by zaistnieć. By o nim mówiono. By o nim powstał film. Nie przypadkiem w Zodiaku jest scena premiery Brudnego Harry'ego, który był odpowiedzią przemysłu filmowego na całą sprawę. Psychopatyczny Skorpion z filmu Dona Siegela był przecież wzorowany na Zodiaku i uosabiał wszystkie lęki Amerykanów z nim związane (przede wszystkim porwanie autobusu pełnego dzieci - niespełniona groźba Zodiaka).

Zodiak, choć odbiega formą od poprzednich dokonań Finchera, zaskakuje, schodząc z już utartego szlaku i pokazując, że ten reżyser ma jeszcze wiele do powiedzenia. Szkoda tylko, że tak smutnego i pesymistycznego, ale czy nie taki jest czasami nasz świat?


blog comments powered by Disqus