Rozmowa z Mariuszem Wilczyńskim

Autor: Małgorzata Lewandowska
11 lipca 2008

Małgorzata Lewandowska: W piątek z okazji cyklu Animacja i Muzyka będzie miał miejsce performance z pana filmami oraz muzyką na żywo Fisz/ Emade/ Tworzywo. Będzie to pierwsza pana współpraca z tymi artystami. Dlaczego akurat oni?

Mariusz Wilczyński: Tak, tak, to będzie pierwszy pokaz z Fiszem i z Emade. Są świetni! Młodzi, inteligentni, wrażliwi, oryginalni, nie idą za owczym pędem. Ja zawsze staram się zapraszać do moich projektów takich muzyków. W przeszłości to był Tomasz Stańko, Pink Freud z takich młodych zespołów, a teraz Fisz i Emade.

ML: Czy jest jakaś część festiwalowego programu, która pana szczególnie zainteresowała? Jakaś retrospektywa, jakiś pokaz filmów?

MW: Ja uważam, że ten festiwal jest w ogóle fantastyczny, bo pierwszy raz, nie chcę mówić przeciwko innym festiwalom, ale tu się ma poczucie, że jest się na festiwalu światowym. Można zobaczyć retrospektywy najlepszych twórców, można spotkać na przykład pana Kowalowa, na którego wczoraj byłem retrospektywie i to jest absolutne mistrzostwo świata. Taki zjazd gości, wybitnych twórców z zagranicy, z całego świata. Zaraz przyjadą Bracia Quay, zaraz przyjedzie Zbyszek Rybczyński. Tak powinno być, aż dziwne, że takiego festiwalu nie było. Myślę, że to jest w ogóle świetny pomysł, że Poznań. Ja tu do Poznania kiedyś jeździłem, bo tutaj kiedyś mieszkał i żył mój tata. I teraz jak przyjechałem do Poznania to w ogóle oczy otwieram! To tak samo jak Wrocław - to jest też miasto, które najpiękniej się zmienia. Ja mam tylko taką nadzieję, że to się uda utrzymać. Bo naprawdę, niestety duża część festiwali w Polsce jest skażona jakimś prowincjonalizmem, to znaczy jak w jednym mieście jest organizowany festiwal, to wiadomo jak w banku, że artyści z tego miasta zwyciężą. Tak jest w Krakowie, niestety w tym roku tak samo było w Łodzi. Mówię niestety, bo z Łodzią jestem związany, tam się urodziłem, wiele lat mieszkałem. Teraz pracuję w łódzkiej filmówce, zresztą z Piotrkiem Dumałą i Markiem Skrobeckim. Ale tak niestety w tym roku było na festiwalu. I te festiwale staczają się wtedy w prowincjonalizm, zaściankowość. A tutaj jest po prostu inny oddech! Wczoraj jadłem na przykład obiad i siedział obok pan Witold Giersz. Boże! Przecież to jest legenda animacji! I siedział sobie obok Krzysiek Knittel i przysiadł się do nas Żmudzki, i potem przyszedł do nas pan Żmudziński i na to wszystko przyszedł Marcin Giżycki! Ci ludzie się zmieniają, a obok siedział właśnie Kowalow. I o to chodzi, że my się spotykamy, wymieniamy się myślami. Rewelacja, jestem zachwycony!

ML: I jeszcze ten duch Borowczyka, Lenicy…

MW: No dokładnie! Nie jest tu taka wymuszona atmosfera, napięta, tylko wszystko na luzie. Super!

ML: A czy jest jeszcze jakiś artysta, na spotkanie z którym pan czeka, oprócz wspomnianego Igora Kowalowa?

MW: Ja mam trochę taką filozofię, że staram się dosyć mało oglądać i to nie jest gest przeciwko żadnem konkretnemu artyście, tylko taka moja filzofia wynikająca z tego, że ponieważ jestem samoukiem w animacji i tworzę, na ile to możliwe w dzisiejszych czasach, ale w izolacji. I teraz się czuję na tyle silny, że nie wydaje mi się, żeby jakiś artysta mógł przestawić mi coś w głowie jeżeli chodzi o mój świat. Chodzę, ale nie na za wiele pokazów, ale codziennie jestem na dwóch pokazach, co i tak wystarczy. Z tego co widzialem zrobił na mnie wrażenie właśnie wczoraj pan Kowalow. To widać, że to jest mistrz Piotra Dumały. To jest naprawdę artysta wielkiego kalibru, który rzadko robi film, co parę lat. To są perły i wczoraj te perły można było zobaczyć i można było z reżyserem pogadać. Super!



blog comments powered by Disqus