Czarny Niedźwiedź ma rozmach! - relacja z otwarcia Black Bear Filmfest

Autor: Dagmara Trembicka-Brzozowska
5 grudnia 2014

Dzisiaj rozpoczęła się warszawska część festiwalu Black Bear FilmFest. To już druga edycja tej imprezy i wystartowała równie smakowicie, co rok temu: tym razem pod znakiem groteski i wisielczego humoru.

Po kolei jednak. W tym roku BBFF najwyraźniej przekonał większą liczbę widzów i sponsorów – można powiedzieć, że festiwal wyświetlany jest dwukrotnie. Od 28 listopada do 3 grudnia gościł w Łodzi, natomiast do stolicy zawitał na okres 5-11 grudnia – w obu miastach prezentując te same filmy. To w sumie ciekawe, a pozytywne recenzje kolejnych produkcji (oraz naprawdę widoczna reklama miejska) na pewno wpłynęły na frekwencję – bo sala była pełna.

W porównaniu z zeszłym rokiem BBFF na pewno jest bardziej widoczny też w samej Kinotece – kinie, z którym współpracował rok temu. Plakaty przy wejściu, stoisko „firmowe” przy bileterach, poinformowana obsługa kina, a wewnątrz dobrze widoczna ścianka festiwalu – wywierają pozytywne wrażenie. Na stoisku miłe panie wręczały informatory i akredytacje, a także udzielały informacji. Tego w zeszłym roku zabrakło, widać ogromny postęp.

Otwarcie festiwalu podzielone było niejako na dwie części: filmową i muzyczną. Na widzów w kinie czekały dwa filmy (krótki metraż oraz obraz otwarcia), od godziny 22 zaś organizatorzy zapraszali na koncert w Planie B, klubie na Placu Zbawiciela. Tu małe wtrącenie – pierwotnie koncert miał się odbyć w Cafe Kulturalna w Pałacu Kultury – czyli niejako za rogiem Kinoteki – i taka informacja znajdowała się w rozdawanych informatorach. Jednak plany, jak wiadomo, bywają płynne, imprezę przeniesiono. Trzeba przyznać, że obsługa i organizatorzy starali się, by informacja dotarła do wszystkich zainteresowanych: na stronie festiwalu, na fanpage’u, przy rozdawaniu materiałów oraz przed projekcją filmu ogłaszano tę nowinę. I kolejny plus: zapewniono taksówki (darmowe!) dla chętnych na afterparty. Dziewięć aut czekało po seansie pod Pałacem Kultury. Brawo!

Filmy otwierające festiwal zostały wybrane pierwszorzędnie. Najpierw krótkometrażowy Lothar ze Szwajcarii, opowiadający o młodym mężczyźnie, którego kichnięcia doprowadzają do eksplozji w jego pobliżu. Tragikomiczny, nakręcony w pięknym stylu, kojarzącym się z kreskówkami, co ciekawe także zaskakujący – jak na przykład w momencie, w którym Lothar wychodzi ze swojego przedziwnego mieszkania i widz, który już na pewno wie, co zastanie na zewnątrz bohater, zostaje wystrychnięty na dudka. To bardzo przyjemny kąsek, w sam raz jako preludium do Jacky w królestwie kobiet.

Tu na chwilkę zwolnijmy. Film zapowiadany był jako „francuska Seksmisja” – i rzeczywiście na pierwszy rzut oka przypomina słynny polski klasyk: wymyślone państwo Bubunne, w którym panuje matriarchat. Mężczyźni żyją jak stereotypowe muzułmanki – w domach, zakryci od stóp do głów, zajmują się dziećmi i dogadzaniem żonom, a małżeństwa są umawiane przez matki; głową państwa jest Generał, starsza i wyjątkowo nieprzyjemna kobieta. Ale ta zgryźliwa satyra idzie dalej: Bubunne jest państwem totalitarnym i wyjątkowo brzydkim, całą scenerię stanowią osiedla jednakowych, pudełkowatych domków lub szarych, odrapanych bloków. Mieszkańcy żywią się wyłącznie dostarczanym z centralnej fabryki kleikiem, nie istnieje rolnictwo, czci się klacze, a kobieta bierze sobie męża, biorąc go na smycz. Główny bohater, Jacky, jest młodym chłopcem zakochanym w córce Generał, marzący o zostaniu Wielkim Głupkiem – czyli mężem przyszłej przywódczyni. Całość to komedia pomyłek, błyskotliwa, czasami lekko obrzydliwa, pełna prześmiewczej satyry, groteski i czarnego humoru. Jacky w królestwie kobiet został przyjęty świetnie – publiczność niemal płakała ze śmiechu, a na końcu zaserwowała organizatorom oklaski.

Jedyną wpadką, jaką dało się zauważyć, były niedopasowane napisy – film był po francusku, na to nałożone zostały angielskie hardsuby, a poniżej, na specjalnie zamontowanym fragmencie białego tła pod ekranem, wyświetlano napisy polskie. Niestety, czasem wyprzedzały kwestie bohaterów, momentami się spóźniały, a ogólnie były niezbyt użyteczne. Miejmy nadzieję, że zostanie to poprawione.

Taki początek dobrze wróży całemu festiwalowi. Było zabawnie, z przytupem i zadowalająco pod względem organizacji. Black Bear FilmFest może się okazać jedną z ciekawszych imprez w Polsce – zwłaszcza jeśli poprawa poziomu będzie następować w takim tempie, jak dotychczas. Oby tak dalej!




blog comments powered by Disqus