Relacja z drugiego dnia festiwalu Black Bear Filmfest

Autor: Dagmara Trembicka-Brzozowska
7 grudnia 2014

Drugi dzień Black Bear FilmFest „rozpieszczał” widzów. Widać, że organizatorzy w sobotę postarali się zapewnić różnorodny, ambitny i ciekawy repertuar - nic, tylko pochwalić. Tego dnia działał też festiwalowy sklepik, w którym do nabycia było kilka gadżetów - miły gest. Od strony technicznej trzeba też przyklasnąć temu, że problem z niedopasowanymi napisani (co ciekawe, występujący także w zeszłym roku) chyba został opanowany - było o wiele lepiej. Co ciekawe, w tym samym czasie w Kinotece odbywał się również kiermasz rękodzieła - biżuterii, ubrań itp. Cóż, ktoś upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu. W Festiwalu to nie przeszkadzało.

Zaprezentowano 5 filmów. Kanał - irlandzki klasyczny horror, w którym bohatera dręczy tajemnicza zła siła, zamieszkująca jego dom po zbrodni, która miała w nim miejsce. To stosunkowo świeża produkcja, tegoroczna. Co ciekawe, ponadprzeciętna - co niezwykłe w tym gatunku. Interesująca, z dobrze poprowadzonym napięciem, miejscami rzeczywiście straszna. Grający główną rolę Rupert Evans (m.in. Świat bez końca) stanął na wysokości zadania - gra przekonująco, chociaż bez fajerwerków. Jedyną zastanawiającą rzeczą jest fakt, że organizatorzy zdecydowali się na seans o godzinie 14 - mimo że film znajduje się w sekcji „Nocna zmiana”.

Dalej była Amnezja, reżyserski debiut Norweżki Nini Bull Robsham dla szerszej widowni. Mroczny i interesujący, z ciekawą kreacją Pii Tjelty jako Katherine, żony pozbawionego pamięci Thomasa. To rasowy thriller, co prawda jeszcze nie wybitny, ale obiecujący.

Coś się musi stać był specyficzną produkcją w klimatach queer. Znowu Skandynawia, tym razem Szwecja. Tematyka płciowości, tożsamości, miłości jest tu poruszana w delikatny sposób, jednak całość na pewno nie każdemu przypadnie do gustu. To specyficzny film, a zastosowane środki wyrazu i niezłą grę aktorską trudno ocenić. Zdecydowanie do rozważenia, ale tylko dla zainteresowanych tematyką lub szukających czegoś nowego w kinie obyczajowym.

Dzień zamykały Czarownice. Specyficzny, nakręcony w 1922 roku szwedzki film - niemy i czarno-biały - to gratka dla wielbicieli niezwykłych projektów kinowych. W wydaniu BBFF filmowi - opartemu na Młocie na czarownice i do dzisiaj mogącemu uchodzić za kontrowersyjny - towarzyszyła muzyka DJ Set. Bardzo interesujące przeżycie.

I na koniec - smaczek. Director’s spotlight, jak określili film organizatorzy: Włóczęga. Wyświetlany jako trzeci w kolei. Nominowany do Sydney Film Award, kręcony w Australii, na rozległych, pustynnych równinach; Guy Pearce i Robert Pattinson dają tu popis aktorstwa. Jednak i z tym filmem jest pewien problem.

Z jednej strony filmowa rzeczywistość nie do końca daje się osadzić w kontekście. Wiemy, że to Australia, ale co się stało? Opustoszałe miasta i domy, sporo Azjatów w rozrzuconych po pustynnym krajobrazie barakach, patrolująca drogi armia. Można podejrzewać, że są to klimaty postapokaliptyczne. Główny bohater, włóczęga Eric (Pearce) wyrusza w pościg za złodziejami samochodu. Tropi ich bez wytchnienia, po drodze ryzykując życiem, zabijając i niszcząc przeszkody. Środkiem do celu staje się Rey (Pattinson), wyraźnie opóźniony w rozwoju chłopak, brat jednego ze złodziei. Eric podąża za jego wskazówkami, by odzyskać swoje auto. Dlaczego jest tak zdeterminowany - tego widz nie wie.

Jakkolwiek gra aktorska jest naprawdę dużym plusem (Pattinson w końcu przestał zachowywać się jak kukła, wow), zdjęcia - statyczne, intencjonalnie monotonne, w przygaszonej kolorystyce - przyciągają i tworzą większość klimatu tej dziwnej opowieści, jednak fabularnie miejscami w filmie coś się nie klei. Reżyser powinien był uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić zagubionemu widzowi małe co nieco na temat zniszczonej Australii - widać było, ze wielu oglądającym to zagubienie przeszkadzało. Film stawał się niezrozumiały, sceny - bez sensu. Kontekst - to słowo klucz, które David Michod powinien sobie wydrukować i powiesić w ramce nad łóżkiem.

Ogólnie wrażenia z dnia drugiego Black Bear FilmFest - bardzo pozytywne. Filmy były równe, dokładnie takie, jakich spodziewał się widz. Czy trzeci dzień powtórzy ten wzór? Miejmy nadzieję.




blog comments powered by Disqus