Polskie kino 2012/2013

Autor: Roan
Korekta: Hagath
6 lutego 2013

1 lutego 2013 r. w całej Polsce sieć kin Multikino zorganizowała kolejny Nocny Maraton Filmowy (w skrócie ENEMEF). Motywem przewodnim były stosunkowo nowe polskie produkcje. Może nie jestem wielkim fanem polskiego kina, jednak potrzebowałem takiego całonocnego oderwania się od rzeczywistości, a zniżkowy sms ostatecznie przekonał mnie do tej właśnie opcji. Cieszę się, że poszedłem, ponieważ nieźle się bawiłem. Na tyle dobrze, że natchnęło mnie do spisania kilku przemyśleń na temat kinematografii RP A.D. 2012-2013. Oczywiście zachęcam, aby każdy samodzielnie zapoznał się z danymi produkcjami i wyrobił sobie własne zdanie. Poniższy tekst będzie bardzo subiektywnym spojrzeniem na ostatni ENEMEF. W jego repertuarze znalazły się cztery filmy: Drogówka Wojciecha Smarzowskiego, Sęp Eugeniusza Korina, Pokłosie Władysława Pasikowskiego oraz Mój rower Piotra Trzaskalskiego. Produkcje były wyświetlane w takiej kolejności i tak też je pokrótce omówię.

Drogówka była jedynym filmem, który podczas ENEMEFu miał swoją premierę. Smarzowski wprowadza widza w codzienną pracę policjantów patrolujących warszawskie ulice. Jednym z nich jest sierżant Ryszard Król (Bartłomiej Topa), którego rutynowe życie zostanie niebawem wywrócone do góry nogami. Okazuje się, że zdradzająca żona może wciągnąć męża w wir wydarzeń, który wstrząśnie nie tylko nim, ale i całym krajem.

Przed obejrzeniem Drogówki, byłem do niej nastawiony całkowicie sceptycznie. Zwiastuny prezentowały ten film jako komedię przepełnioną proletariacko-jarmarcznym humorem. Tak też było, jednakże obok głupkowatych żartów pojawił się kryminalny wątek, który stopniowo zaczął dominować w produkcji. I dzięki Bogu, bo nie zostałbym chyba na pozostałych filmach. Całkiem udana rola Bartłomieja Topy, który na tyle, na ile było to możliwe w przyjętej konwencji, dość wiarygodnie zagrał nietypowego krawężnika na zakręcie… a może powinienem napisać: na przekręcie na A4. Z pośród innych aktorów, wyróżniał się na pewno Arkadiusz Jakubik, ale trudno mi powiedzieć, czy to dzięki jego zdolnościom aktorskim, czy po prostu dlatego, że dostał najbardziej żenującą rolę w całej produkcji. Z pewnością nie jest to pozycja dla każdego, jednak mimo wszystko myślę, że ciekawa, chociażby ze względu na przemieszanie kategorii estetycznych. Mam mieszane odczucia, dlatego dałbym 6/10.

Sęp to reżyserski debiut Eugeniusza Korina. W ciągu ostatnich sześciu lat, wielu groźnych przestępców wymknęło się z rąk policji. Gdy kolejny z nich na oczach całej Polski ucieka z sali rozpraw, komendant główny policji (Piotr Fronczewski) powołuje specjalny zespół do zbadania sprawy. W jego skład wchodzi stary wyga znany jako Bożek (Daniel Olbrychski) oraz młody i zdolny śledczy Aleksander „Sęp” Wolin (Michał Żebrowski).

Kiedy promowano ten film w telewizji, Daniel Olbrychski gwarantował, że każda rola została w nim zagrana na najwyższym hollywoodzkim poziomie. Hm… trudno mi stwierdzić, czy tak rzeczywiście było, bo mam trudność ze zdefiniowaniem przymiotnika „hollywoodzki”, jednak należy przyznać, że Sęp to kawał naprawdę niezłego polskiego thrillera. Doceniam w nim przede wszystkim pomysł; nie przypominam sobie podobnej produkcji, czy to rodzimej, czy zagranicznej. Co prawda doświadczony kinomaniak najpóźniej w połowie filmu domyśli się, kto zorganizował te wszystkie ucieczki przestępcom, jednak samo zakończenie może nieco zaskakiwać. Niestety, zaskakujące też jest, w jaki sposób główny bohater poskładał wszystkie elementy układanki w całość. Zasugerowanie się słowami kogoś niezwiązanego ze sprawą, które padły w zupełnie innym kontekście, jako klucz do rozwiązania zagadki zawsze wydawało mi się pomysłem naciąganym, żeby nie powiedzieć słabym. Mam o to trochę pretensji do reżysera, podobnie jak o wielokrotne katowanie widza melodią reklamującą delikatesy „Alma”, która jest ulubionym utworem Sępa. No, ale biorąc pod uwagę, że to pierwszy film Korina, wybaczam mu, licząc na to, że przy kolejnych produkcjach nie powieli swoich błędów.

Co do gry aktorskiej, kreację Michała Żebrowskiego oceniam jako zadowalającą, szczególnie, że momentami grał bardziej pomimo roli niż dzięki niej. Prawda jest taka, że nie tylko on miał taki problem; również postaci grane przez Annę Przybylską i Pawła Małaszyńskiego nie były do końca dopracowane. Oni jednak poradzili sobie nieco gorzej niż Żebrowski, jednak o ile jestem w stanie to wybaczyć Przybylskiej, która nadrabia wdziękiem, o tyle Małaszyńskiemu nie odpuszczę. Może niesłusznie; wszak przypadła mu rola najbardziej irytującego błazna w filmie. Na pochwałę zasłużyli nie tylko znakomicie polscy aktorzy jak Piotr Fronczewski i Andrzej Seweryn, ale także najmłodszy aktor w obsadzie, Michał Parafiniuk. Roli Daniela Olbrychskiego niestety nie jestem w stanie ocenić, ponieważ śmiać mi się chce, kiedy przypomnę sobie sceny, w których z egzaltacją oddaje się obserwacji Warszawy z XXX piętra Pałacu Kultury i Nauki. Ogólne wrażenie pozostało we mnie jednak bardzo pozytywne i wycenię je na 7/10. Może trochę na zachętę dla reżysera.

O Pokłosiu mówiono, że najbardziej kontrowersyjny film roku 2012 i chyba muszę się z tą oceną zgodzić. Franciszek Kalina (Ireneusz Czop) wraca po latach emigracji do rodzinnej wsi na Podlasiu. Jest do tego niejako zmuszony, po tym jak w tajemniczych okolicznościach szwagierka z dziećmi poprosiła go o azyl w USA. Po przyjeździe do brata (Maciej Stuhr) szybko zdaje sobie sprawę z tego, że właśnie znalazł się w samym środku poważnego konfliktu.

Dawno już polski film nie wzbudził we mnie tyle emocji co Pokłosie. Oczywiście chodzi mi tu o doznania artystyczne. Nie ma sensu traktowanie filmu Pasikowskiego jako oceny polskiej historii, bo nie jest to film oparty na faktach. Czym w takim razie jest Pokłosie? Dla mnie naprawdę dobrze zrealizowanym, wciągającym dramatem wykorzystującym pewien sporny historycznie temat we współczesnej formie dla osiągnięcia celu. Klimat grozy jest w nim wszechobecny. Film trzyma w napięciu już od pierwszych minut, gdy główny bohater wysiada w szczerym polu z PKSu i ten stan trwa aż do dramatycznego końca. Bo co do tego, że koniec będzie dramatyczny nikt nie ma wątpliwości. Pytanie tylko jakie rozmiary będzie miała wisząca w powietrzu tragedia.

W filmie zagrano wiele znakomitych ról, w tym poczciwego proboszcza (Jerzy Radziwiłowicz), zawziętego księdza (Andrzej Mastalerz), cwanego sierżanta (Zbigniew Zamachowski) i starej zielarki (Danuta Szaflarska). Odrobinę przeszkadzało mi to, że do gry w tym filmie zaangażowano Zuzannę Fialovą, która nie mówi po polsku i musiała być dubbingowana przez Magdalenę Wójcik. Nie rozumiem dlaczego zdecydowano się na taki krok, który do utworu osadzonemu w polskich realiach od początku do końca wprowadza ten obcy dystraktom. Poza tym jednym wyjątkiem dźwięk, a szczególnie muzyka, zostały perfekcyjnie wkomponowane w całość. Bardzo prawdopodobne, że Pokłosie nie każdemu przypadnie do gustu. Mnie jednak bardzo się podobał; uważam go za zdecydowanie najlepszy film ENEMEFu i oceniam na 8/10.

Mój rower był chyba filmem, do którego miałem najbardziej obojętny stosunek, i nie wynikało to tylko z tego, że został puszczony około piątej rano, po przeszło siedmiu godzinach spędzonych w kinie. Udało mu się jednak zaskoczyć mnie w kilku miejscach. Włodzimierz Starnawski (Michał Urbaniak) jest sędziwym alkoholikiem, którego dopiero co porzuciła żona. Gdy trafia do szpitala, odwiedza go syn (Artur Żmijewski) i wnuk (Krzysztof Chodorowski). Razem postanawiają odszukać babcię i nawet nie przypuszczają jak wiele zyskają dzięki tej wspólnej podróży.

Idąc do kina, nie byłem świadom, że część filmu była kręcona z mojej rodzinnej Łodzi, co okazało się pozytywną niespodzianką. Miasto wypadło całkiem korzystnie w obiektywie Piotra Trzaskalskiego. Pokazano m in. ulicę Piotrkowską (Biała Fabryka Geyera), Kilińskiego (początek ulicy), Pałac Biedermanna i Koziny. Innym niespodziewanym elementem (ale tylko dla mnie) było pojawienie się w filmie mojej polonistki z podstawówki. Czemu o tym wszystkim piszę? Ponieważ nic innego mnie w tym filmie nie poruszyło. Kiedy tylko zobaczyłem zwiastun, wiedziałem czego można się spodziewać i moje przeczucie spełniło się co do joty. Mój rower to ckliwe kino familijne, które stawia sobie za cel przekazanie widzowi podstawowych wartości, jakimi powinien kierować się mężczyzna w swoim życiu, bez względu na wiek. Ogólnie sympatycznie się to ogląda, ale trzeba być naprawdę ograniczonym emocjonalnie, żeby móc powiedzieć, że film wniósł cokolwiek wartościowego do naszego życia. No chyba, że jest się reżyserem bądź aktorem; wszak pieniądze są całkiem wartościowe. Nie pokuszę się o pogłębioną analizę tego obrazu; 5/10 i jak chcecie to przekonajcie się sami, ale nie jest to obowiązkowa pozycja dla kogokolwiek.

Końcowa konkluzja jest absolutnie pozytywna – polskie kino rozwija się i mam wrażenie, że kierunek tego rozwoju jest właściwy. Mnie osobiście bardzo drażniła sytuacja, w której zdecydowaną większość rodzimych produkcji można było podzielić na: komedie romantyczne pełne tanich żartów, produkcje emo jak-mi-źle-i-niedobrze-w-tym-kraju oraz historyczne z ekranizacjami lektur szkolnych. Mam wrażenie, że podczas ostatniego ENEMEFu każdy mógł znaleźć coś dla siebie oraz dobrze się bawić. I o to chodziło. Żywię głęboką nadzieję, że zaobserwowana przez mnie tendencja wzrostowa utrzyma się, a polska kinematografia będzie nam dostarczać coraz więcej filmów, które ocenimy jako co najmniej niezłe.




blog comments powered by Disqus