XXXI Festiwal Polskich Filmów Fabularnych - dzień trzeci

Autor: Wojciech Szot
14 września 2006

Trzeci dzień gdyńskiego festiwalu przyniósł odpowiedzi na wiele pytań. Najważniejsza z nich brzmi – faworytem do Złotych Lwów jest film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze Plac Zbawiciela. Do grona kandydatów do nagród dołączyły Jasminum Jana Jakuba Kolskiego i Palimpsest Konrada Niewolskiego. Po dwóch jałowych dniach widzowie mieli możliwość obejrzenia trzech świetnych produkcji, znowu okazało się, że debiutanci nie dorównują dojrzałym twórcom.

Dzień rozpoczął Chłopiec na galopującym koniu. Ekranizacja opowiadania Tarjei Vesaasa to film interesujący ze względu na rozmaite filmowe cytaty. Debiutujący Adam Guziński stworzył film, który podzielił festiwalową publiczność, jedni chwalą go za nawiązania do historii kina, inni ganią za wolną akcję i płytkie przesłanie. Muzyka przypomina filmy Kieślowskiego czy melodie Krzysztofa „Komedy” Trzcińskiego, sam obraz zaś to udane nawiązanie do Bergmana, Tarkowskiego, czy poprzedniej ekranizacji prozy tegoż autora – Żywota Mateusza Witolda Leszczyńskiego. Niestety to nie wystarczyło by stworzyć dobry film. Chłopiec… to opowieść o mieszkającym na wsi wybitnym pisarzu, który musi jechać do Gdańska z synem na operację. Tematem głównym filmu są relacje małżeńskie, które całkowicie wygasają a samo małżeństwo zdaje się chylić ku upadkowi. Niestety całość przeraźliwie długa – akcja posuwa się do przodu ślimaczym krokiem, a często nienajlepsze ujęcia trwają w nieskończoność. Dobry film studencki, ale jak na poważny podobno festiwal propozycja co najwyżej poprawna. (więcej w naszej recenzji)

Na odtrutkę po męczącym filmie zaserwowano Jasminum Jana Jakuba Kolskiego. Odtrutka zadziałała – film, który w kinach zobaczyło ponad 100 tysięcy osób to niewątpliwie kolejny sukces reżysera Jańcio Wodnika. Spokojny, stonowany, z ciekawą psychologizacją bohaterów. Do tego świetne zdjęcia i piękna muzyka Zygmunta Koniecznego gwarantują obrazowi stałe miejsce w sercach wrażliwych kinomanów. Jasminum to film o zapachach, ich pięknie i magii, film w którym unosi się miłość, która podobnie jak zapachy jest niematerialna, przelotna. Dobre role Grażyny Błęckiej-Kolskiej, Janusza Gajosa i młodziutkiej Wiktorii Gąsiewskiej. Udane pokazanie w filmie tak nieuchwytnych zjawisk jak światło, zapach, miłość udowadnia, że Kolski osiągnął mistrzostwo, choć w porównaniu z wcześniejszymi jego filmami nie zauważamy rozwoju talentu. Ciągle krąży on wokół pewnych tematów i sytuacji zarówno w scenariuszu jak i od strony formalnej. Nie odbiera mu to chwały, nas jednak przyzwyczaja. Reżyser na pytania o inspiracje, źródła czy pomysły najczęściej odpowiadał, że nie wie. Niewiedza w jego wypadku to symbol olbrzymiej samoświadomości twórcy, indywidualności, ale czy na miarę głównej nagrody? (o filmie czytaj w naszych recenzjach autorstwa Piotra Mirskiego i Gavaina)

Palimpsest to kolejny, po rewelacyjnie przyjętej Symetrii, film Konrada Niewolskiego. Thriller, którego fabuła początkowo jasna i oczywista gmatwa się z każdą sceną. Dwaj policjanci, Marek (Andrzej Chyra) wraz z Tomkiem (Robert Gonera) pracują razem nad sprawą zabójstwa policjanta. Marek traktuje sprawę bardzo osobiście, gdyż zabity był jego przyjacielem, a wszystkie tropy śledztwa krążą wokół jego znajomych. Andrzej Chyra potwierdził, że nie jest tylko gwiazdą bulwarowych pism, lecz też aktorem wielkiego formatu. Sceny z jego udziałem przykuwają uwagę, w każdej z nich to on jest władcą ekranu, swoją charyzmą zawłaszcza dla siebie nie tylko ekran ale i umysł widza. Partnerujący mu Robert Gonera raczej nie wykazuje takich cech, na szczęście jest jeszcze trzecia postać, która elektryzuje na równi z Chyrą – Magdalena Cielecka. Prowokująca i elektryzująca blond piękność, która oprócz urody posiada niesamowity dar wcielania się w femme-fatale. W Palimpseście gra rolę drugoplanową, co nie umniejsza tego, że nawet ze sceny, w której nie musi wiele robić tworzy niepokojącą sztukę. Niewolski stworzył wyśmienity obraz dla pokazania umiejętności aktorskich właśnie tej pary. Całość obrazu opiera się na nawiązaniach do kina noir, komiksów w rodzaju Sin City. Nasycona kolorystyka i awangardowa muzyka autorstwa Bartłomieja Gliniaka świetnie współtworzą końcowy efekt. Nieczęsto zdarza się, że drugi film po debiucie fabularnym jest udany, w tym przypadku słowo udany jest krzywdzące, to film w swoim gatunku wybitny (więcej w naszej recenzji).

Wszyscy jednak czekali na Joannę i Krzysztofa Krauze, którzy do Gdyni przywieźli swój najnowszy film (premiera w ostatni piątek) Plac Zbawiciela. O tym filmie powiedziano już wiele, określany jest mianem „Długu 2”, na festiwal przyjechał z etykietka faworyta, co potwierdziło się dzisiaj. Konferencja prasowa z udziałem twórców była jak dotąd najdłuższą i z pewnością najciekawszą ze wszystkich, a twórcy zaprezentowali się jako niezwykle zgrany zespół, w którym każdy jest na równych prawach. Krauze przyznał, że autorami scenariusza są tez aktorzy, w czasie kręcenia filmu zrezygnowano z 40 zaplanowanych scen, na miejsce których nakręcono 60 innych. Prace nad historią, z udziałem aktorów trwały od kilku lat. Efektem jest film na wskroś współczesny, głęboki, a zarazem nie będący jak to się często zdarza niezjadliwą efemerydą. Nakręcony metodą quasi-dokumentu staje się zwierciadłem, w którym odbija się polskie społeczeństwo. Chyba musimy zacząć się przyzwyczajać, do tego że tylko Krauze potrafi nas rozliczyć i dać nadzieję na lepszą przyszłość. Gratulacje należą się Jowicie Budnik i Ewie Wencel, które zagrały postacie tak niejednoznaczne, że odpowiedź na pytanie „kto ma rację” jest skazana z góry na porażkę. Bliźniacy Gudejko to kolejni dziecięcy aktorzy, którzy pokazali, że dziecko ma niezwykłą świadomość otaczającego go świata, że rozumie więcej niż dorosłym się wydaje. Jak mówiła Joanna Kos-Krauze dzieci same improwizowały dialogi w najtrudniejszych scenach. Tak rzadko powstają dobre, realistyczne filmy o otaczającym nas świecie, że tym bardziej powinniśmy cenić to co zrobiło dla nas małżeństwo Krauze. Biję pokłony (również w recenzji, którą można przeczytać tutaj).

Gdy Kornel Makuszyński pisał Szatana z siódmej klasy nie spodziewał się, że książka jego będzie poddana dwóm ekranizacjom. Niestety, gdy pierwsza z roku 1960 w reżyserii Marii Kaniewskiej to świetne jak na tamte czasy kino familijne, tak film Kazimierza Tarnasa to słabo zrobiona, anachroniczna i bezrefleksyjnie odrobiona chałtura. Film polecać można jedynie fanom muzyki Krzesimira Dębskiego, który wraz z synem napisał muzykę zarówno do filmu jak i piosenek.

Po trzech dniach wiemy dwie rzeczy – powoli wyłaniają się faworyci, a stan polskiego kina nadal wygląda podobnie jak nowonarodzone dziecko – małe i płacze gdy widzi światło dzienne. Tylko starsze dzieci radzą sobie dobrze.

Zdjęcia:

1. Krzysztof Krauze i Joanna Kos-Krauze
2. Adam Guziński
3,4,5,6. Jan Jakub Kolski i Grażyna Błęcka-Kolska
7. Robert Gonera
8. Joanna Kos Krauze
9. Jowita Budnik i Ewa Wencel na warszawskiej premierze Placu Zbawiciela
10 Jowita Budnik i Ewa Wencel
11. Jowita Budnik prezentuje zaawansowaną ciążę
12. Krzysztof Krauze
13. Bartosz Fajge
14. Kazimierz Tarnas
15. Krzesimir Dębski z synem

Foto: autor


blog comments powered by Disqus