XXXI Festiwal Polskich Filmów Fabularnych - dzień czwarty

Autor: Wojciech Szot
15 września 2006

Gdyński festiwal zbliża się ku końcowi. Przedostatni dzień upłynął pod znakiem najbardziej oczekiwanej premiery miesiąca – Samotności w sieci. Mimo świetnych aktorów i rewelacyjnych plenerów (Nowy Orlean, Paryż, Berlin) film rozczarował i tylko najwięksi fani książki Janusza L. Wiśniewskiego byli zadowoleni. Z pewnością najlepszym pokazywanym dziś filmem był obraz Marka Koterskiego Wszyscy jesteśmy Chrystusami z genialnymi kreacjami aktorskimi Andrzeja Chyry, Marka Kondrata i Michała Koterskiego. Do dziś można było narzekać na niedobór dobrych ról męskich, teraz już nikt nie ma do tego prawa.

Na pierwszy ogień powędrowała Hiena w reżyserii Grzegorza Lewandowskiego. Thriller, którego akcja została umieszczona na Śląsku. Głównym bohaterem jest mały chłopiec (Jakub Romanowski), którego ojciec zginął na kopalni. Film wdziera się w wyobraźnię chłopca i pokazuje świat przerażający. W okolicy miasteczka grasuje hiena, która ma być odpowiedzialna za kilka ostatnich morderstw. Chłopiec szukając wyjaśnienia zagadki poznaje tajemniczego mężczyznę mieszkającego na mokradłach. Największą zaletą filmu sa zdjęcia autorstwa Arkadiusza Tomiaka, który przedstawił przerażającą panoramę pokopalnianego Śląska, zrujnowanego, brzydkiego, z opuszczonymi domami i fabrykami. Dobre aktorstwo zaprezentował Borys Szyc, grający w Hienie kilka ról, jednak publiczność najbardziej zaskoczył młody aktor, który potrafił wcielić się w postać maltretowanego przez matkę, bojącego się własnego cienia dzieciaka. Hiena to film przyzwoity, niezbyt głęboki, chwilami nudny i na siłę straszny, trochę kiczowaty, ale mimo tych wad, obok Palimpsestu z pewnością najlepszy thriller ostatnich lat.

Następny film był już dobrze znany festiwalowej publiczności – kolejna część "przygód" Adasia Miauczyńskiego obraz Marka Koterskiego Wszyscy jesteśmy Chrystusami. Syn Adasia (Michał Koterski) wspomina swoje dzieciństwo spędzone z ojcem pijakiem. Pamięta tylko złe chwile, te dobre, o których wspomina ojciec wymazał z pamięci. Koterski szuka usprawiedliwienia dla swoich bohaterów – zrzuca je na dziedziczenie (pojawiają się sceny z ojcem Adasia (jak zawsze świetny Łukasz Simlat), który również był alkoholikiem). Świetnie opowiedziana historia alkoholizmu, dokładna i szczegółowa analiza w chyba najbardziej osobistym filmie Koterskiego. W sceny wplecione zostały motywy drogi krzyżowej, zarówno na obrazach w kościele jak i w inscenizacjach pasyjnych. Wszyscy jesteśmy Chrystusami to film bluźnierczy, w którym religia staje się przedmiotem za pomocą którego szuka się usprawiedliwień. Koterski korzysta z przeróżnych wytworów religijności jak modlitw (przerobione Ojcze nasz, odmawiana przez Adasia w chwilach trzeźwości Stabat mater dolorosa), symboli (bohaterowie noszą na głowie koronę cierniową). W krzywym zwierciadle pokazana została miłość do Jana Pawła II, który w dyskusji czterech pijanych mężczyzn określany jest jako „fajny kolo”, a pijany Adaś wykrzykuje słynne słowa „niech zstąpi duch twój…”. Odwaga robienia filmów bez pytania się innych o zdanie, bez cenzurowania i krygowania się to cenna umiejętność, którą widz potrafi docenić. Poza doskonałym scenariuszem ważnym elementem sa kreacje aktorskie – młodego Adama gra Andrzej Chyra, dorosłego Marek Kondrat. Chyra pokazał znowu, że jak mało kto potrafi pokazać całą złożoność psychiki bohatera. Marek Kondrat jest bardziej zabawny, chwilami komiczny, ale również wykreował końcowe stadium upadku człowieka. Choć jak Chrystus tak i on musi się podnieść. Minusy? Czasem trochę nużąca introspekcja przeprowadzana przez Sylwka i zbyt uparte szukanie wytłumaczenia dla alkoholizmu, próba obrony bohatera. Choć to już należy do wyobraźni reżysera, a ona z pewnością jest bogata. Po tym filmie faworyt do tytułu najlepszego aktora festiwalu jest już tylko jeden, zaś Plac Zbawiciela zyskał jedynego poważnego konkurenta.

Samotność w sieci zgromadziła tłum dziennikarzy i widzów. Na sali nikt nie czuł się samotny, szczególnie w opinii. Prawie jednogłośnie film uznano za zbyt długi (134 minuty co w kinie zdarza się niebywale rzadko), nudny i banalny. Psychikę bohaterów odgadnąć można w ciągu kilku minut i jedyne co trzyma widza przed ekranem to piękne ciało i - mimo wielu przeszkód - dobra gra Magdaleny Cieleckiej. Dla Andrzeja Chyry nie była to rola życia, raczej dobrze zagrana chałtura, o której lepiej zapomnieć mając na względzie wspaniałe dokonania aktora prezentowane chociażby na tegorocznym festiwalu. Ta aktorska para ratuje całe przedsięwzięcie. Rozumiem, że ekranizacja książki, którą kupiło ponad 300 tysięcy Polaków przyciągnie do kin milionową publiczność, ale podobno ksiąćki telefoniczne posiada w domu kilka milionów osób, a jeszcze nikt nie wpadł na pomysł ich ekranizacji. Uczciwie zaś należy przyznać, że wszystkie plenery, zarówno warszawskie jak i zagraniczne są w filmie pokazane umiejętnie, przyciągają uwagę i w dużej mierze stają się aktorami w filmie – oddają emocje, uczucia, nastroje. Jest to zasługą również dobrego montażu – nowoczesnego i dynamicznego (autortswa Mileni Fiedler). Tylko co z tego, jeśli bohaterka korzysta z mBanku, dzwoni Samsungiem, lata LOT-em, a kawę pije w biurowcu Metropolitan i posiada laptop firmy Apple z usługą BlueConnect? Ciekawe ile osób zamiast oglądać film zliczało reklamowane produkty?  Ja robiłem to zawzięcie, bo nawet silna kawa i nagie ciało Cieleckiej nie potrafiły mnie rozbudzić. Podsumowując – na 31. FPFF Samotność w sieci nie jest samotna – ma wielu braci i sióstr w postaci słabych filmów.

Po polskich komediach rzadko można spodziewać się czegoś dobrego. Napakowany Pazura z trochę mniej napakowanym Lubaszenko, do tego dorzucony Maciek Stuhr ew. inny akurat popularny „Zdzisio” z telenoweli to najczęstszy przepis na obsadę aktorską. Na szczęście nie zawsze. Chlubnym wyjątkiem są Statyści, gdzie w roli głównej obsadzona została Kinga Preis (czy zawsze musi być samotną kobietą lub feministką?), a partnerują jej Bartosz Opania (po kilku złych filmach dobry powrót) i Łukasz Simlat (za film Kochankowie z Marony Izabelli Cywińskiej Oscara nie dostał, ale z powodzeniem mógł o niego rywalizować). Historia na pozór prosta – w małym miasteczku kręcony jest chiński film. Chińczycy stwierdzili, że Polacy to najsmutniejszy naród na świecie, a że kręcą tragedię, to chcą by to właśnie nasi rodacy statystowali. Gdy już statyści zostali wybrani praca rusza pełną parą. Film opowiada historie każdego ze statystów, ich problemy i nadzieje związane z filmem, pokazuje jak zmieniają się ich relacje ze światem zewnętrznym, jak dzięki wspólnym troskom otwierają się na innych. Do tego dołączony została wątek z Kingą Preis w roli kobiety, która z rozsądku wzięła ślub, oczywiście jak na komedię przystało pojawia się jej były mężczyzna, jednocześnie ojciec jej jedynego dziecka. Na ekranie zobaczyć możemy Annę Romantowską, która ma w sobie coś z Catherine Deneuve – piękna, dostojna, dumna, trochę zaborcza i już nie młoda. Z powyższego opisu nie wynika, że film jest komedią. Humor w Statystach rzadko polega na popularnych obecnie gagach, to częściej dowcip wypływający z nagromadzenia się kilku sytuacji, którego nie można podzielić na sceny, które nadal będą śmieszne. Zetknięcie się mieszkańców z małego miasteczka z Chińczykami powoduje zabawne sytuacje i nieporozumienia kulturowe, co trafnie zauważa Gralewski (Krzysztof Kiersznowski) – „wy lepiej adidasy róbcie a nie filmy”. Ciekawostką jest Kinga Preis mówiąca po chińsku (twórcy zapewniali, że w 98 procentach była zrozumiała dla rodowitych Chińczyków). Michał Kwieciński i jego aktorzy udowodnili, że potrafimy się śmiać z samych siebie wyśmiewając przy tym innych.  Uwaga końcowa – hasło reklamowe filmu brzmi „film twórców serialu Magdy M.” – zapewniam wszystkich, że na szczęście z poziomem telenoweli nie ma nic wspólnego.

Ostatnim z prezentowanych filmów był Wstyd Piotra Matwiejczyka. Jest to historia nastoletniej dziewczyny (Natalia Durczok), która uwikłana jest w relacje z trzema mężczyznami (ojcem fałszywym - Artur Barciś, ojcem prawdziwym - Mirosław Baka i ojcem symbolicznym – Marcin Dorociński). Film dostał nagrodę w konkursie Nowe Filmy Polskie na Era Nowe Horyzonty, w Gdyni został ciepło przyjęty. Wstyd balansuje pomiędzy kinem offowym a w pełni profesjonalnym, to rozdarcie tworzy nastrój i specyfikę tego obrazu, co jest największym jego plusem.

Druga połowa festiwalu zdecydowanie poprawiła humoru publiczności – im mniej debiutów, tym wyższy poziom prezentowanych filmów. Bo najbardziej jednak lubimy to, co już znamy.

 

Na zdjęciach:

1. Marek Lewandowski
2. Edward Kłosiński - zdjęcia w Wszyscy jesteśmy Chrystusami
3. Milenia Fiedler i Witold Adamek
4. Janusz L. Wiśniewski
5. Anna Romantowska i
6. Łukasz Simlat i Bartosz Opania
7. Stanisław Brudny

Foto: autor



blog comments powered by Disqus