Relacja z drugiego dnia Horrorfestiwal.pl

Autor: Aleksander Zagdański, Tomasz Nowak, surmik
Korekta: Bartosz Czartoryski
25 października 2009

Alek Zagdański

Pierwsza noc festiwalu upłynęła pod znakiem opowieści osobliwych i komedii z dreszczykiem zamiast rasowego horroru, więc wyruszając w piątkowy wieczór do Multikina liczyłem na to, iż tym razem otrzymam prawdziwą porcję grozy. Chętnych do zmierzenia się z piątkowymi seansami nie brakowało. Festiwal niezaprzeczalnie wzbudził zainteresowanie, gdyż o ile wczoraj widownia przybyła głównie dla premierowego pokazu Piły 6, to dzisiaj wśród filmów żadnej rozreklamowanej produkcji nie było.

Do kina dotarłem dokładnie na czas, więc w momencie, gdy jeszcze instalowałem się na siedzeniu, na ekranie już przewijały się napisy początkowe. Piątkowy seans zaczął się interesująco, bo śmiało można uznać fiński film Sauna za wyjątkowo udany, zwłaszcza na tle pozostałych produkcji. Bez hektolitrów krwi i latających dookoła organów, twórcom filmu udało się stworzyć produkcję, która wprost emanowała mrocznym nastrojem. Sauna to rozgrywająca się na tle wojny między Finlandia a Rosją historia dwóch braci służących w fińskiej armii, którzy razem z wysłannikami mateczki Rosji opracowują traktat ustalający powojenne granice. W trakcie misji trafiają na wioskę ukrytą wśród bagien, w której 73 mieszkańców żyje odciętych od zewnętrznego świata i wojennej zawieruchy. Liczba ta nie jest przypadkowa, gdyż tyle właśnie istnień ludzkich ma na sumieniu jeden z braci. Jak się wkrótce okazuje, pobyt we wiosce nie przyniesie ukojenia w podróży po opustoszałych stepach. Na bagnach tuż obok wioski żołnierze odkrywają tajemniczą budowlę, która przywodzi na myśl saunę z legend, w której odchodzący z ziemskiego padołu zmywają swoje grzechy przed ostateczna podróżą. Wkrótce naszych bohaterów w swoje sidła łapią tajemnicze moce, które mają rachunki do wyrównania z braćmi. Atmosfera z każdą minutą zagęszcza się coraz bardziej i oglądając Saunę nie sposób uniknąć ogarniającego uczucia niepewności. Sauna to nie tylko obraz grozy, ale także film o odkupieniu swoich grzechów, o odpowiedzialności i o karze która spotyka ludzi nie szanujących tak cennego daru jakim jest życie, wojną usprawiedliwiających swoje mordercze zapędy.

Drugi obraz wieczoru, Open Graves, to już jednak miernota w całkowitym tego słowa znaczeniu. Nie tylko dlatego, że filmów z grupą amerykańskich nastolatków o zaniżonym IQ mam już po prostu dosyć, ale przede wszystkim ze względu na wyjątkowo kiepską realizację. Fabuła była słaba, aczkolwiek maleńki plusik autorom należy się za to, iż postarali się wymyślić coś lepszego niż zamknięcie bandy mięśniaków i cycatych panien w strasznym domu. Historia toczy się wokół średniowiecznej gry planszowej, w której nagrodą za zwycięstwo jest spełnienie marzeń, zaś karą za przegraną - śmierć. Jak nietrudno się domyślić, nikomu nie udaje się dotrzeć do finałowego pola i każdy z bohaterów musi odejść w paskudnych okolicznościach. Tylko czy to faktycznie źle, że diaboliczne moce oczyszczają świat z tępoty i prostactwa?

Film korzystał w całej rozciągłości z pomysłu twórców Oszukać przeznaczenie. O ile jednak tamten tytuł uznać można za nienajgorszy to Open Graves wręcz przeciwnie. Kolejne śmierci są nudne, a nie straszne, a dialogi kiepściutkie. Rozbawiła mnie zwłaszcza przytłaczająca dedukcja bohaterów, którzy po śmierci ledwie dwóch osób dochodzą do wniosku, że to z pewnością wina gry. Ów sukces to głównej mierze zasługa oczytanej panienki mieszkającej, a jakże, w latarni morskiej. Uśmiechnąłem z litością, gdyż zawsze bawiło mnie, gdy twórcy kreują pannę, z której wyrazu twarzy wręcz wyziera tępota, na osobę tajemniczą, oczytaną i interesującą. Czy ktoś w ogóle daje się na to nabrać? Nie będę zagłębiał się dalej w to "wielkopomne" dzieło, więc raz jeszcze wspomnę, że film był po prostu kiepski.

Wizje, czyli ostatni film wyświetlany dzisiaj, przywrócił honor poziomowi dzisiejszych produkcji. Może częściowo w tym zasługa zmęczenia tytułem Open Graves, ale tak czy siak Wizje były ciekawe. Podobnie jak we wczorajszym Diagnoza: śmierć, akcja rozgrywała się w szpitalu. Okraszona była również humorem, jednak bez wątpienia nastrój filmu był cięższy. Głównym bohater Matthew, to miły i skromny facet, który straciwszy pamięć trafia do lekarza, starającego się przywrócić mu utracone wspomnienia. Najgorsza jest nie tyle sama amnezja, ile pojawiające się nagle w głowie chłopaka tajemnicze wizje związane z morderstwami grasującego w mieście szaleńca ochrzczonego przez policję Pająkiem. Sadysta prowadzi swoistą grę z władzami, bawiąc się z nimi w kotka i myszkę, przy okazji mordując niewinnych. Matthew razem z przyjacielem ze szpitala stara się rozwikłać zagadkę swoich wizji.

Film prezentował dobry poziom, a i zakończenie można uznać za zaskakujące, choć zapewne dla osób oswojonych z gatunkiem będzie ono wyjątkowo przewidywalne. Dlatego też obraz Cecinellego troszkę mnie znudził, gdyż od około 20 minuty spodziewałem się wykoncypowanego przeze mnie zakończenia. Jednak tych, którzy nie rozgryzą zamysłu autorów od razu, Wizje nie zawiodą.

Drugi dzień festiwalu zaprezentował nieco niższy poziom niż dzień pierwszy. Pomijając seans z Open Graves nikt nie powinien żałować wydanych pieniędzy i poświęconego czasu. Zarówno Sauna jak i Wizje zakwalifikować można do horrorowych stanów wyższych.

Surmik

Drugi dzień Horror Festiwalu pod kątem organizacyjnym nie różnił się zbytnio od poprzedniego. Szybko zająłem miejsce na sali, przyklasnąłem szczęśliwym zwycięzcom nagród ufundowanych przez sponsora (tym razem nikt nie zrezygnował z odbioru) i po kilku minutach zwłoki, oglądałem pierwszy z prezentowanych nam tego dnia filmów.

Sauna to klimatyczny, oryginalny (nie było chyba jeszcze horroru w średniowiecznej Szwecji) tytuł, ale do pełni szczęścia czegoś zabrakło. A może po prostu do końca nie zrozumiałem fabuły? Poszczególne zdarzenia na ekranie nie złożyły mi się w jednolitą, przekonywującą całość. Zdecydowanie powinienem obejrzeć ten film jeszcze raz. W każdym razie wrażenia z seansu dosyć pozytywne, bardzo podobali mi się bohaterowie, a szczególnie postać starszego z braci, opętanego morderczymi skłonnościami.

Open Graves czyli prawie Oszukać Przeznaczenie + prawie Jumanji. I niestety w obydwu przypadkach prawie robi kolosalną różnice. W skrócie: grupa młodych ludzi znajduje średniowieczną grę, w której zwycięzca może spełnić każde swoje życzenie, a przegrani umierają w męczarniach. Niestety: słabo.

Pora na Wizje. Pacjenci szpitala psychiatrycznego za pomocą krwawych wizji jednego z nich próbują rozwiązać sprawę krwawych morderstw. Słaba realizacja, kiepska gra aktorska, nudna, przewidywalna fabuła, zero strachu.

Podsumowując, drugi dzień festiwalu cierpiał też na bolączkę pierwszego: za mało strasznych filmów! Nie ma się czego bać! Kilka momentów nie wystarczyło i pod tym względem jestem póki co mocno rozczarowany.

Tomek Nowak

Wnikamy do sali wężykiem, znów z kilkuminutowym poślizgiem. Z tego, co słyszę, oczekiwania są dziś ogromne. Czy program im podoła?

Na początek mocne uderzenie – fiński obraz Sauna. Jest to historia osadzona w głębokiej przeszłości, w roku 1595. Tuż po zakończeniu wojny szwedzko-rosyjskiej delegacja obu królestw wytycza granicę na terenach dzisiejszej Finlandii. Podczas wędrówki czterech żołnierzy trafia na bagna, gdzie odkrywa dziwny budynek i nieznaną nikomu wioskę. Tu wlokące się za delegatami przekleństwo z przeszłości zyskuje nową moc, a budynek, tytułowa sauna, wabi niepojętą, nieodpartą mocą młodszego ze Szwedów – Knuta, który przeradza się w jej narzędzie. Delegaci obu stron juz wiedzą – to miejsce jest przeklęte.

Kino niespokojne, kino przedziwne, kojarzące się od razu z japońskim Ringiem czy amerykańskim Blair Witch Project. W surowej i zimnej przyrodzie Północy, równie surowe życie ludzi jawi się niczym cienki lód. Pozornie twardy, pęka z łatwością pod odpowiednio zadanym ciosem. Ten cios cały czas wisi w powietrzu, jako coś ulotnego i nieuchronnego zarazem.

Żyjemy w kulturze, w której sauna kojarzy się z dodatkiem do siłowni, względnie z podglądaniem „gołych lasek”. Tymczasem w tradycji Północy to miejsce o zgoła odmiennym znaczeniu, które niełatwo nam pojąć. Bohaterowie filmu sugerują, że to przestrzeń mistyczna, służąca do oczyszczenia, obmycia ze zła, narodzin życia. Ale to trochę zbyt mało żeby zrozumieć jego wymowę. Nic dziwnego, to obyczaj liczący z górą tysiąc lat. „Jest sauna, jak mówią Finowie, świątynią higieny ciała i duszy. Ucisza się w niej gniew, likwiduje zło, jest ochroną przed przeciwnościami tego świata” (cytat ze strony internetowej Gminnego Ośrodka Rekreacji w Raszynie). Jeśli chodzi o zrozumienie, to nadal niewiele, ale już te parę stwierdzeń powinno choćby sugerować, że tkwi w tym obrazie jakieś drugie dno; frapować, zastanawiać nad sensem jego przesłania. Nie, nie będę udawał, że w pełni go zrozumiałem. Też wiem zbyt mało o bardzo egzotycznej, jak się okazuje, fińskiej mitologii i tradycji. Niestety, siedzący w kinie obok mnie, choć zaintrygowani, rozumieją chyba jeszcze mniej. Znów zabrakło kilku słów wprowadzenia czy też festiwalowego programu, do którego można by sięgnąć po objaśnienia. Trochę szkoda.

Wnosząc z kilku pustych rzędów, Naprawdę-Rządni-Krwi na Saunę nie przyszli. I słusznie. To film zdecydowanie nie dla nich.

Vae Victis: jeśli taką inwokacją kończy się twoja karta w grze „Mamba”, to znaczy, że twój los jest przesądzony. Nie zdradzam tu jednak żadnej fabularnej tajemnicy, bowiem film numer dwa dnia drugiego Horror Festiwal 2009 – Open Graves, okazuje się produkcją prostą, dość mocno przewidywalną, skierowaną do młodszego odbiorcy. Oto międzynarodowa ekipa studentów, pomieszkująca w Hiszpanii, zostaje obdarowana piętnastowieczna grą. Nieświadoma jej mocy, pewnego wieczoru, przy świecach, przystępują do rozgrywki. W jej następstwie dochodzi do całej serii wymyślnych wypadków.

Ot, taki schemat, który na szczęście, zostaje przełamany przy końcu. Zwycięzca gry może wyrazić jedno życzenie. Czego sobie zażyczy, znów przewidzieć łatwo, jednak jakie będą tego konsekwencje – znacznie trudniej. Chyba, że ktoś wie czym kończą się na poły błahe igraszki z czarną magią.

Idąc tropem porównania do kasowego hitu, polski tytuł filmu brzmi cokolwiek znajomo – Uniknąć przeznaczenia. I choć nieźle przystaje do treści, podtrzymuje niechlubną tradycję dowolnych tłumaczeń, nieliczących się z intencją autora.

Kino kliku mocniejszych wrażeń – do rozerwania się i pochrupania popcornu oraz do podziwiania urody Elizy Dushku. Niepozbawione scen drastycznych, zapewnia lekki dreszczyk oraz niezłą zabawę widzom w różnym wieku.

Naprawdę-Żądni-Krwi znów kręcą nosami, licząc na seans trzeci.

Po kolejnej zgrabnej przerwie, szybciutko seans Wizji. Jest to niewątpliwie wariacja na temat Piły, której twórcom Włosi „odstrzelili” przynajmniej jeden pomysł na rozwiniecie scenariusza. Pomysł to zresztą mocno pokrętny, do tego stopnia, że wymaga na koniec rozbudowanych objaśnień. Sam ten fakt, pokazuje już, że twórcy zapędzili się nieco w fabularnych zawiłościach, a tropy, jakie pozostawili widzowi, aby sam mógł rozsupłać zagadkę, są zbyt mało widocznie.

Mamy na początek seryjnego mordercę, psychopatę Pająka, który więzi ofiary spowijając je w sieci. Po kolejnej nieudanej akcji odbicia uwięzionych przez FBI, konsultant Biura rezygnuje ze służby i przenosi się do prywatnego szpitala psychiatrycznego. Tutaj opiekuje się wybudzonym ze śpiączki, trzydziestolatkiem o imieniu Matthew. Jego pacjent posiada szczególne zdolności parapsychologiczne – miewa wizje, które mogą pomóc odnaleźć wciąż nieuchwytnego Pająka.

Cały czas wiemy, że coś jest nie tak i nawet domyślamy się co. Choć scenarzyści mylą drogi, podsuwają nowe wątki, wątpliwości, pierwotna intuicja nie zawodzi. To jednak nie wada tego filmu. Przeciwnie, dla „lubiących” morderców-psychopatów, złożona i pogmatwana fabuła będzie wręcz zaletą. Braknie jej jednak wyrazistego kierunku - twórcy nie potrafili zdecydować się do końca, czy pozwolić widzowi na samodzielne „śledztwo” czy też zaskoczyć w finale, wykładając kawę na ławę w iście hollywoodzkim stylu. Trochę tu jednego i trochę drugiego. A gdyby przypadkiem obraz odniósł sukces, to, proszę bardzo, także z kontynuacją nie będzie najmniejszego problemu.

Ostatecznie, mimo pewnych słabości, Wizje to film interesujący, momentami nawet pasjonujący, choć bardzo nierówny. Nie tak krwawy jak Piła, co akurat zaliczyć trzeba mu in plus, ale odtwórczy, a to zdecydowanie – in minus. Niemniej, współczesne kino włoskie horrorem nie słynie. Zatem produkcję o złożonej fabule i ciekawej, lecz momentami przekombinowanej, abstrakcyjnej intrydze, docenić jednak w jakiś sposób warto.

Naprawdę-Żądni-Krwi nie zostali dziś usatysfakcjonowani. Cześć widzów wyszła przed końcem, spiesząc na nocne autobusy.

Przed nami dzień trzeci.




blog comments powered by Disqus