Relacja z pierwszego dnia Horrorfestiwal.pl

Autor: Aleksander Zagdański, Tomasz Nowak, surmik
Korekta: Bartosz Czartoryski
23 października 2009

Tomek Nowak:

Poznań Multikino 51

Czwartkowy wieczór w Multikinie. Jak co wieczór – tłoczno, huczno.

Od razu po wejściu uwagę  zwraca tłok pod jedną z sal. Pięć minut do ósmej, jeszcze nie wpuszczają, a więc jest czas na zakup stosownych "konsumabli" i dołączenie do ogonka, który ostatecznie rusza w czeluść sali.

Sygnał do startu pada niespodziewanie. Z niewielkim poślizgiem czasowym gaśnie światło i zaczyna się pokaz Diagnozy: śmierć. Trochę z zaskoczenia, bez żadnego sygnału, wstępu, ale cóż, oglądamy. W trzeciej scenie dociera wreszcie do nieuświadomionej widowni, że oglądamy horror-komedię. Śmiech staje się coraz głośniejszy i głośniejszy.

Nie przepadając za gatunkiem łączącym komedię z horrorem, spodziewam się nudy i obciachu. Niesłusznie! Diagnoza: śmierć okazuje się lekkim, rzec można „sympatycznym”, obrazem zbudowanym na parodii wielu horrorowych aksjomatów. Film bawi się gatunkami i odwołuje do klasyki kina, między innymi Lotu nad kukułczym gniazdem.

Ekipa pacjentów naznaczonych rakiem poddaje się testom nowych leków. Wskutek ich zażywania dwoje chorych miewa wizje, w których  poznają mroczne sekrety i zobaczą tajemniczą śmierć znanej pisarki. Nasi bohaterowie stawiają sobie za cel odkrycie prawdy.

Sporo absurdalnego i czarnego humoru oraz kilka przejmujących dreszczem scen zamknięte są w krótkiej, zgrabnej formie. Do tego zabawne, lekkie aktorstwo i nienadęta fabuła. To wszystko sprawia, że film spotyka się z ciepłym przyjęciem. Czy to jednak dobre otwarcie festiwalu HORRORU? Okaże się dopiero po zamknięciu.

I tak w trakcie seansu śmiech ogarnia w końcu wszystkich. Do tego stopnia, że wybucha nawet podczas wbijania głowy na nogę od taboretu. Takie prawo psychologii tłumu. Ze strony grupy Naprawdę-Rządnych-Krwi słychać pomruki niezadowolenia. Oni przyszli tu się bać, nie śmiać. Czekają na Piłę.

Po sprawnej, kilkunastominutowej przerwie, start części drugiej. Znów niezapowiedziany, co powoduje sporo wędrówek wśród rzędów na początku projekcji.

Miniatury zawsze budzą emocje. Jedne są zbyt krótkie, a inne przydługie; jedne lepsze, inne słabsze. Blok pod wspólnym tytułem „Best of Horror Shorts” otwiera niemiecka Tratwa. Zabarwiona czarnym humorem animacja ujmuje, a zaskakująca puenta przekonuje nawet początkowych sceptyków. Dalej, zgodnie z naturą miniatur, jest niestety nierówno.

Belgijskie Wirtualne randki  porywają nas w świat przyszłości, gdzie rzeczywistość miesza się z cyber-rzeczywistością. Autorki filmiku z wisielczym humorem diagnozują zagrożenia, jakie zawisną nad nami, kiedy ta sztuczna rzeczywistość zawiedzie. Jasna wymowa, rzec można nawet, feministyczna.

Następna miniatura, australijska Kobieta węgorz, to baaardzo czarny „żart” nastawiony głównie na efekty specjalne. Nic dziwnego, stoją za nimi chłopcy z Weta Workshop.

Amerykański Welgünzer okazuje się następną wariacją na wciąż lubiany temat wędrówek w czasie. Czy zawsze osiągnie się to, czego się pragnie? Losy zrozpaczonego Donalda, przemieszczającego się wstecz i wprzód osi czasu, burzące jej porządek, zdają się udowadniać, że rachunek szkód znacznie przerasta korzyści. A nieuniknione i tak pozostaje nieuniknione.

Dalej czeka nas kilkunastominutowy niemiecki Pokój. Filmik, który bardzo zgrabnie wpisał się w poetykę dreszczowców rozgrywających się w zamkniętych przestrzeniach. Ascetyczny, prawie pozbawiony dialogów, rozgrywający się w surowych wnętrzach, posiada niesamowity nastrój. Realistyczny obraz wielu rzeczywistości przesuniętych w czasie, niezależnych od naszej woli, naprawdę budzi dreszcz.

Po nim pojawia się holenderski Strażnik brata, miniatura osadzona w tradycji „mutantów i ich szalonych opiekunów”, która jednak poza realizacyjną sprawnością i efektami nie wzbudza większych emocji.

Czego oczekuje publiczność festiwalu? Chyba nie do końca tego, co może zobaczyć. W tym momencie pierwsi zniechęceni opuszczają salę. To jednak ma się zaraz zamienić. Przynajmniej na najbliższe dwadzieścia minut. Nadciąga apogeum.

W bloku „Best of Horror Shorts” jest nim hiszpański filmik Moja miłość mieszka w kanałach. Dobrze, że czarno-biały, bo skoro z tytułową ukochaną można skontaktować się i spotkać jedynie przez muszlę sedesową...

Poziom natężenia obrzydliwości filmu najlepiej oddają głosy z sali w stylu : „bleee”, albo „bueeee”, oraz liczne „ufff!!!”, kiedy mieliśmy już to za sobą. Jeśli twórcy chcieli widzem wstrząsnąć, osiągnęli sukces w stu procentach.

Cześć publiki, świadoma, że po takim obrazie nic już nie będzie smakować tak samo, udaje się do bufetu i szukać szczęścia w toalecie. Wytrwali oglądają kolejny film.

Zrealizowana w Polsce, choć, jak podano w programie, wyprodukowana w USA, Głowa do kochania okazuje się ekranizacją opowiadania autorstwa duetu Kazimierz Kyrcz,Jr & Łukasz Śmigiel. Tytuł słusznie nasuwa skojarzenia z filmem Davida Lyncha, którego tekst i filmowa nowelka miały stanowić parafrazę. Tchnie on pewnym specyficznym nastrojem wyczekiwania na grozę, jednak udowadnia zarazem, że bardzo współczesne, skierowane bardziej w kierunku inner space opowiadania Kyrcza to materiał trudny do przetwarzania na język obrazu. Próbę z Głową... należy uznać za nie w pełni udaną.

Na zakończenie bloku miniatur pojawia się tytuł, który musi rozładować wszelkie nagromadzone dotąd emocje. Inwazja krwiożerczych chomików wywołuje natychmiastową eksplozję śmiechu. Choć unurzana we krwi, poraża absurdem (świadomym) do tego stopnia, że ogólnej wesołości nic nie potrafi już powstrzymać.

Naprawdę-Żądni-Krwi wychodzą w większości w trakcie. Oni nadal czekają na Piłę.

Po kolejnej przerwie wyczekiwane Grande Finale wieczoru – premiera Piły VI. Tym razem widzowie są czujniejsi. Większość dociera na miejsca o czasie.

Na początek od razu silny wstrząs – jedna ze słynnych gier Jigsawa, a potem… śledztwo, poszukiwania, retrospekcje, śledztwo i na koniec kolejna gra, a zarazem krok ku rozsupłaniu zagadki czy nawet zakończeniu cyklu. O, nie, nie do końca! Piła pewnie jeszcze powróci, a kontynuacja powstanie. I to nie jedna!

Detektyw Mark Hoffmann jest godnym następcą wcześniejszego Jigsawa, jednak FBI powoli zacieśnia śledztwo. Nowe plany Piły mogą pokrzyżować także demony przeszłości.

Stanowiący fenom cykl powraca, po niesamowicie zawiłej części piątej, na tory „spokojniejsze”. Znów uderza krwiożerczością, zgrabnie budowanym napięciem. Podstawą jest dać się temu wszystkiemu porwać, ponieważ jeśli spojrzeć na zimno, część szósta, jak i cała seria razi wręcz fabularną pustką. Tak, Piła VI jest pod każdym względem nieodrodną kontynuatorką tradycji poprzedniczek.

Brawurowo zrealizowany cykl, hojnie uposażony w balansujące na krawędzi absurdu sceny tortur i przemocy, ma jednak swoich zagorzałych zwolenników. „Mogliby puścić wszystkie razem” – rozmarza się studentka siedząca z chłopakiem nieopodal, gdy zapalają się światła. O, tak. „Piła” przetrwa na pewno.

Naprawdę-Żądni-Krwi dostali to, po co przybyli. Wszyscy czekamy teraz na dzień drugi.

Surmik:

Silver Screen Gdynia

Przybyłem do kina 10 minut przed czasem. Ludzie zaczęli się już zbierać, choć w większości stali w kolejce po wszelkiego rodzaju kinowe przekąski niż do bramki biletowej. Zaskoczył mnie całkowity brak informacji o imprezie, spodziewałem się przynajmniej jakiegoś baneru czy plakatów, no cóż, być może je przegapiłem, pewnie były przed wejściem do kina, gdzie się nie rozglądałem.

Na sali kinowej ludzi było jeszcze dosyć mało, choć po tym, że niektórzy zajmowali dosyć egzotyczne miejsca na skrajach rzędów wnioskowałem, że większość biletów się sprzedała, choć pewnie zadziała tu magia Piły niż marka samego festiwalu. Chwile po 20 na sali pojawili się ludzie z obsługi aby nas przywitać i wylosować dostarczone przez sponsorów nagrody w postaci kalendarza i kilku książek. Co ciekawe, jedna z wylosowanych osób nie chciała odebrać gratisu. Organizator zapowiedział też, że nagrody losowane będą każdego dnia imprezy.

Jakieś 10-15 minut po 20 światła  ściemniały i rozpoczął się seans pierwszego filmu Diagnoza: Śmierć. Obraz był sympatyczny, raczej śmieszny niż straszny. Prosta, przewidywalna historia, kilka nieśmiertelnych trików filmowych nastawionych  na straszenie widza, plus dawka niewymuszonego humoru. W sam raz na wieczór z drugą połówka, choć nie do końca taki klimat jakiego oczekiwałem na festiwalu horroru. Ludzie na sali śmiali się co chwilkę, lecz po seansie słyszałem głosy, że również nie tego się spodziewali.

Następnie przyszła kolej na filmy krótkometrażowe. Nie będę wymieniał wszystkich po kolei, wystarczy, że wspomnę, iż poziom był bardzo zróżnicowany, choć większość z nich miała wspólny mianownik: nie były straszne, co okazało się ich największą wadą. Powiem tylko, że mi najbardziej podobał się niemiecki film o pokoju hotelowym w niepokojących klimatach Lyncha, a publiczności najbardziej przypadł do gustu film o morderczych chomikach zombie. Największe poruszenie wywołał ostatni z prezentowanych filmów, hiszpańskie dzieło o miłości w klozecie.

Na koniec to, na co chyba wszyscy czekali, Piła 6. Przyznam się, że specjalnie dla tego seansu obejrzałem w ciągu ostatnich dni wszystkie poprzednie części cyklu.  Nie będzie to recenzja tego filmu, wystarczy powiedzieć, że szósta część pozytywnie mnie zaskoczyła i moim zdaniem przebiła co najmniej dwie ostatnie odsłony.

Podsumowując, pierwszy dzień  festiwalu wywołał we mnie mieszane uczucia. Ludzie byli rozczarowani pierwszą częścią pokazów i usatysfakcjonowani Piłą (pojawiły się brawa po seansie). Mam nadzieję,  iż drugi dzień imprezy będzie lepszy, a przynajmniej straszniejszy.

Alek Zagdański :

Multikino Kraków

Strachy, zwidy i potwory z minionych wieków odeszły w niepamięć. Wampiry, wilkołaki i  szaleńcy z siekierami ustąpiły miejsca widmu utraty pracy, napadu w ciemnym zaułku, nowotworu. Ludzie jednak lubią się bać i straszliwe opowieści powodujące gęsią skórkę, na szczęście przetrwały i mają się dobrze. Dla tych właśnie osób zorganizowany został Horrorfestiwal - trzy dni wypełnione po brzegi filmami mającymi przyprawić rzesze kinomaniaków o palpitację serca. Nie mogąc przepuścić takiej okazji, czym prędzej dołączyłem do grona miłośników filmów grozy i wyruszyłem do kina. Pierwszy dzień festiwalu cieszył się bez wątpienia powodzeniem. Dwie sale, w których emitowane miały być filmy, wypełniły się prawie po brzegi chętnymi do zaspokojenia swoich morderczych żądz. Wygodnie usadowiwszy się na swoim miejscu, czekałem z utęsknieniem na hektolitry krwi, niezawodne krzyki niewiast i hektolitry grozy wylewające się z ekranu. Cały wieczór zamiast na okrzykach strachu i szumie przerażonych westchnień, upłynął jednak na śmiechu, którym co chwilę rozbrzmiewała sala. Emitowanym filmom daleko było do horrorów na których się wychowałem- takich jak Hellraiser czy Piątek 13-go.

Pierwszy film Diagnoza: śmierć to raczej komedia z elementami strachu w tle niż rasowy horror. Przyznam jednak, że obraz oglądało się przyjemnie. Historia nauczyciela języka angielskiego i nastoletniej uczennicy, którzy trafiają do zakładu dla śmiertelnie chorych, miała swój urok. Twórcy filmu postawili na dobrą zabawę. Fabuła nie była skomplikowana, ale film nawet na chwilę nie nudził. Zwłaszcza dialogi, które w horrorach zazwyczaj są nędzne na potęgę, w Diagnozie.. były udane. Dodajmy do tego niewymuszony humor powodujący wybuchy śmiechu na sali i mamy przepis na przyzwoite kino.

Po 20 minutowej przerwie nadeszła pora na serię krótkometrażowych filmów grozy. Pierwszym z nich była ekranizacja jednego z opowiadań, znanych polskim czytelnikom, Kazimierza Kyrcza Jr i Łukasza Śmigla. Przyznam szczerze, że realizatorom udało się oddać ducha twórczości Kyrcza, a film był dobrze zrealizowany - zwłaszcza muzyka zasługuje na pochwałę. Kolejne miniatury oceniać można już różnie, aczkolwiek znalazł się wśród nich rodzynek, który bez wątpienia uznać można za najlepszy film z wyemitowanych w dzisiejszym dniu. Na myśli mam historię o szalonym podróżniku w czasie, którego złamane serce przywiodło do pomysłu odebrania sobie życia. Nie sposób odmówić tej produkcji uroku. Szkopuł tkwi w tym, że z grozą obraz ten nie miał kompletnie nic wspólnego. Także niemiecki film Tratwa określić można raczej jako opowieść z morałem niż historię grozy. Jedynym obrazem, który bez żadnych wątpliwości można nazwać horrorem był holenderski Brother's Keeper. Żeby uniknąć zbędnych opisów wspomnę, że wystarczyłoby opatrzyć początek filmu logo z Opowieści z krypty i nikt nie odkryłby, że film nie pochodzi z tego cyklu. Dostaliśmy krwistą opowieść z obowiązkowym zaskakującym zakończeniem. Historia obracała się wokół dwóch braci mieszkających w odludnym domostwie, którzy mordowali grzeszne kobiety. Obaj bracia byli potworami, przy czym jeden straszył wyglądem a drugi plugawą duszą. Kończąc temat "Best of short horrors" nie mogę nie poruszyć kwestii ostatniego obrazu o porażającym tytule Moja miłość mieszka w kanałach. Czego by nie mówić, Hiszpanie mają gusta, które chyba na zawsze pozostaną dla mnie niezrozumiałe. Być może film miał jakieś drugie dno, ale powiem szczerze, nie chciało mi się go zgłębiać. Moja miłość.. to chwytająca za serce miłość chłopaka i dziewczyny. Pierwsze takie uczucie w jego życiu i zarazem pierwszy krok w dorosłość- romantyczne liściki, pierwsze pocałunki, dotyki, a wreszcie seks. Łezka się w oku kręci, gdyby jeszcze tylko miłością faceta nie była babka żyjąca w kanałach, a listy nie były wysyłane na kawałku zużytego papieru toaletowego. Dalej jest już tylko gorzej i mina zdziwienia nie znika z twarzy. W momencie, w którym narząd chłopaka podążał rurami, by tam jego ukochana wzięła go do ust - zwątpiłem. Pamiętam opowiadanie Kinga o palcu wychodzącym z umywalki i pomimo oczywistej prostoty i banalności, było jednak o niebo lepsze. Może komuś hiszpańskie dzieło się spodobało, ale z zasłyszanych rozmów wątpię, by taka osoba była obecna na sali.

Cztery godziny zleciały w mgnieniu oka i oto po północy przyszedł wreszcie czas na premierowy pokaz szóstej części Piły. Zmęczenie dawało trochę o sobie znać, więc jak wszyscy czekałem na obraz, który mnie rozbudzi i tchnie energię w moje ciało i umysł. Niestety było wręcz przeciwnie. Po szóstej odsłonie widać dobitnie, że pomysły reżyserów wyczerpały się już dawno tamu i każda kolejna część to nudna i monotonna sieczka. W zasadzie o Pile nie warto pisać nic więcej ponad to, co powiedziane zostało przy okazji trzeciej części, a potem czwartej i piątej. Nadal otrzymujemy ten sam odgrzewany kotlet. Mamy kilka efektownych zgonów, ale nie tylko nie mają one już większego uzasadnienia, ale też nie budzą praktycznie żadnych emocji. Wciąż pamiętam pierwszą cześć, która była naprawdę udanym filmem i kolejny raz uważam, że scenarzyści poszli kompletnie nie w tym kierunku, po drodze zbłądziwszy jeszcze kilka razy.

Biorąc jednak pod uwagę całokształt, pierwszy dzień festiwalu należy uznać za udany. Po czwartkowych obrazach można go wprawdzie nazwać raczej festiwalem filmu osobliwego niż horroru, ale zostały w końcu jeszcze dwa dni i zobaczymy co one przyniosą. Kilka ciekawych tytułów, mimo iż przeplecionych słabszymi obrazami, zadowoliło widownię, która w przerwach prowadziła żywe dyskusje na krwiste tematy. A chyba właśnie o to organizatorom chodziło- przyciągnąć i zebrać w jednym miejscu miłośników strasznych filmów. I to się z pewnością udało.




blog comments powered by Disqus