Relacja z trzeciego dnia Horrorfestiwal.pl

Autor: Aleksander Zagdański, Tomasz Nowak
Korekta: Bartosz Czartoryski
27 października 2009

Alek Zagdański

Czas płynie nieubłaganie i oto sobotnia noc zwieńczyła trzydniowy festiwal horrorów. Sala wypełniona była praktycznie po brzegi, więc krwiste filmy pożegnane zostały przez wyjątkowo liczną rzeszę kinomaniaków złaknionych grozy. 

Dla mnie ostatni dzień festiwalu okazał się jednak średnio udany i  kinową salę opuściłem  kompletnie niepocieszony. Nie była to wina całkiem udanego Dying Breed czy krwistego Trailer Park of  Terror, ale wyjątkowo słabego filmu My name is Bruce, na który  z niecierpliwością czekałem. W zasadzie nie wiem na co liczyłem, ale z pewnością nie na tak nędzne „dziełko” jakie zostało wyemitowane. Bez bicia przyznam, że Martwe zło wręcz uwielbiam, a Armię ciemności uważam za horror (z przymrużeniem oka) praktycznie doskonały i w pełni popieram ochrzczenie trylogii mianem kultowej. Wielka - i w zasadzie główna - w tym zasługa doskonałego Bruce'a Campbella, który stworzył niezapomnianą kreację zwalczającego wyzwolone przez Necronomicon plugastwa Asha. Aktor, znany z paru innych, pomniejszych ról, pokazał, że jest wyjątkowo elastyczny, a do zagrania w komedii wręcz stworzony. Twórcy My name is Bruce mieli więc wszystkie składniki do stworzenia komedii grozy podane jak na tacy- idealnie pasującego aktora i doświadczenia wyniesione z cyklu Evil Dead. Wystarczyło dorzucić parę świeżych pomysłów, garść zabawnych gagów przeznaczonych specjalnie dla Campbella i voila- dobry film gotowy. Zawiedli jednak na całej linii. Dowcip którym okraszono film był wręcz żenujący, a przykładowe picie moczu nie przyszłoby do głowy chyba nawet Jay'owi i Silent Bobowi. Poziom humoru był doprawdy tragiczny i czuć, że wszystkie te gagi pisane były na siłę. Za największy grzech twórców scenariusza należy uznać jednak stworzenie roli Bruca Campbella, do której Bruce Campbell kompletnie nie pasował. Jego zagrywki przywodziły mi raczej na myśl bohaterów American Pie, niż rozbijającego w pył armię truposzy Asha. Jako, że twórcy zamierzali rozkochać w swoim dziele publiczność tonami dowcipów, zapomnieli o sprawie tak podstawowej jak fabuła. 

Miłym akcentem za to był Wymierający gatunek, czyli Dying breed. Dobry, rasowy horror przywodzący na myśl chociażby film Wesa Cravena Wzgórza mają oczy, jednak w moim przekonaniu znacznie lepszy. Głębokie lasy przypadły mi bardziej do gustu niż spalone słońcem pustkowia. Pomysł na opowiedzianą historię może i nie był oryginalny, ale twórcom udało poprowadzić ją w sposób wywołujący ciarki na plecach. Spodobało mi się również zakończenie, które na szczęście szerokim łukiem ominęło utarte schematy. Gra aktorska także nie przyprawiała o ból zębów, więc składając do kupy wszystkie "za" i "przeciw", można śmiało powiedzieć, że Dying Breed jest obrazem wartym polecenia miłośnikom horrorów.

Razem z napisami finałowymi Trailer Park of Terror zakończył się festiwal horrorów. Inicjatywa z pewnością chlubna i godna poparcia, aczkolwiek jeszcze wymagająca dopracowania. Na myśli mam zwłaszcza dobór filmów, gdyż poziom był bardzo nierówny. Filmy tchnące duchem starych horrorów przemieszane były produkcjami, które na festiwalu nie powinny się znaleźć. Wrażenia z trzech dni spędzonych w kinowej sali, wśród okrzyków grozy i trzęsącej się ze strachu publiczności, są jednak jak najbardziej pozytywne. Duża frekwencja oznacza, iż horrory mają się dobrze i zawsze znajdą się ich miłośnicy. Wszystko to nastraja wyjątkowo optymistycznie i moje myśli wędrują ku podobnym inicjatywom w przyszłości.

Tomek Nowak:

Dzień ostatni festiwalu przynosi niespodziankę – przed wejściem nie ma kolejki. Może to efekt zniechęcenia późniejszą porą rozpoczęcia projekcji? Niepokojące. I słusznie. Seans zaczyna się przy sali wypełnionej mniej więcej w połowie. Tak będzie już do końca.

Na początek obraz rodem z Australii – Wymierający gatunek. "Będzie rzecz o ekologii", pomyślałem. Jednak nie do końca tak było. Dying Breed to opowieść o wyprawie do tasmańskiej puszczy, którą podejmuje czwórka młodych ludzi. Jedna z uczestniczek, studentka zoologii Nina, pragnie odnaleźć przedstawiciela tygrysów tasmańskich i potwierdzić istnienie gatunku, uważanego za dawno wymarły, a przy okazji dowiedzieć się czegoś więcej o losach siostry, która zginęła w tych okolicach osiem lat wcześniej.

Niepokojąca dzicz przyrody oraz niechętna przymilność mieszkańców leśnej osady od razu rodzą  podejrzenia. Jak się potem okaże, w pełni uzasadnione. Kota znaleźć będzie trudno, ale to nie jedyny unikatowy „gatunek” pomieszkujacy w buszu. Odkrycie drugiego przyniesie wstrząs o wiele silniejszy.

Jeżeli kwestię odkrywania i podtrzymywania życia gatunków dzikich i „dzikich” skrywających się w leśnych ostępach uznać za "eko" aspekt filmu, to, istotnie, Wymierający gatunek można zaliczyć do obrazów "pro-ekologicznych". Tym niemniej będzie to interpretacja mocno naciągana.

Spora dawka strachu i straszności, nieco humoru i obrzydliwości, skrywana tajemnica, a na dodatek egzotyka tasmańskiej natury. To mariaż dający w sumie interesujący efekt, z solidną dawką przerażenia. Prężne, krwiste kino. No i pewnik, iż oglądanie tego filmu w przeddzień wyprawy w dzikie góry i lasy jest raczej niewskazane, co dodatkowo świadczy na jego korzyść.

Zaczyna się przerwa, którą wypełnia dyskusja nad przesłaniem Sauny, wyświetlanej dnia poprzedniego. Nie udaje się odcyfrować wszystkich znaczeń obrazu, ale jak stwierdza jeden z uczestników – „całkiem nieźle go ‘rozkminiliśmy’”. Owszem. Jednakże ogólna konkluzja i tak nie jest pocieszająca – film powstaje w Europie, u naszych zamorskich sąsiadów, a my, nawet zbiorowym wysiłkiem, nie jesteśmy w stanie rozszyfrować w pełni jego symboliki.

Czas na seans drugi, który przekonuje mnie, że Ed Wood nie umrze nigdy! Dowodzi tego swą osobą, jak i twórczością (całą) osoba Bruce’a Campbella. To ów Jim Carrey filmów klasy B, C i dalej, jest tytułowym bohaterem Na imię mam Bruce, obrazu naprawdę wstrząsającego, pod każdym względem.

Film otwiera pieśń The Legend Of Guan Di w wykonaniu Mccain Brothers. Tytułowy Guan Di jest chińskim demonem, uwolnionym przypadkiem przez chłopaka z małej mieściny Gold Lick, siejącym spustoszenie w okolicy. Młody Jeff, przerażony swym czynem, będąc wielkim fanem Campbella, wierzy, że jego ulubiony bohater podoła także i temu wyzwaniu – zmierzy się z demonem i pokona go. Posuwa się zatem do porwania aktora. W górniczym miasteczku w Oregonie Campbell witany jest od razu jak bohater. Jednak cała dotychczasowa akcja wydaje się mu jedynie żartem, urodzinowym prezentem od agenta. Do czasu.

Produkcja wysoce autoironiczna, momentami wręcz po prostu głupawa (podobnie jak wiele filmów z Carreyem, stąd porównanie wydaje się nieprzypadkowe). Do tego, umyślnie kiczowate efekty specjalne i prymitywna fabuła, przeplatana wspomnianą już melodyjną pieśnią. To wszystko kwalifikuje film od razu do miana „kultowego”. Oczywiście, tylko w pewnych kręgach.

Ostatnia przerwa – w Multkinie wszystko już pozamykane na cztery spusty. Poza toaletą. Na szczęście. I oto zaczyna się seans ostatni Trailer Park of Terror, sporządzony na bazie krwistej serii antologii horrorów wydawnictwa Imperium Comics pod tym samym tytułem.

Barakowa osada w sercu pustyni tętni lokalnym życiem i tanią sensacją. Próbuje też za wszelką cenę zatrzymać dla siebie miejscową piękność, Normę. Ta jednak ma inne plany, czemu daje upust w specyficzny sposób. Dość powiedzieć, że z osady pozostają ledwie nędzne resztki.

Chwilę później sześcioro „trudnych” licealistów pod opieką pastora powraca z górskiego obozu „resocjalizacyjnego”. Ich autobus ulega wypadkowi podczas burzy, a najbliższym siedliskiem ludzkim jest Trailer Park. Tu znajdują schronienie u… Normy, która zaczyna snuć opowieść o przeszłości – przeklętej i morderczej, która wkrótce okaże się nie do końca „byłą”. Zacznie się rzeźnia.

Znów połączenie scen krwistych z totalnie czarnym humorem, zaprawione do tego specyficznym klimatem przydrożnej, amerykańskiej osady. Sporo tu efekciarstwa, ale cóż, trzeba było przynajmniej dorównać komiksowemu pierwowzorowi. Reżyser Steven Goldmann, spec od muzyki metalowej, nie mógł także oczywiście przegapić okazji, aby naładować jej i tutaj w odpowiedniej ilości. To jednak nie razi, a wręcz przeciwnie, zważywszy na okoliczności, pasuje doskonale. Warto zauważyć, że Trailer Park of Terror jest pierwszym pełnokrwistym horrorem wśród pokazywanych podczas festiwalu.

I oto koniec festiwalu. Wybiła godzina trzecia. Pstryk, pstryk i już mamy drugą. Ufff! Można będzie odespać. Na przystanku jeszcze słyszę nucone pod nosem: „Guan-Di is his name; Guan-You Guan-Me Guan-Di; Guan-Di is his name”. Ale jajcarski hicior, który pewnie jutro pół widowni zainstaluje jako dzwonek w telefonach, jako jedyna pozostałość po trzech wieczorach spędzonych w kinie, to trochę mało.

Wybór tytułów do tegorocznego programu Horror Festiwal zachęca do pogłębienia wciąż trwającej dyskusji nad samym pojęciem „horroru”. Wydaje się, że organizatorzy potraktowali je nader szeroko, ale czy słusznie? Poniekąd tak. Z samej idei organizowania festiwali wynika wręcz oczekiwanie różnorodności form i treści i takową niewątpliwie otrzymaliśmy. Dzięki temu obejrzałem kilka filmów, które z pewnością umknęłyby mi w masie tytułów na rynku.

Ponadto, takie a nie inne proporcje tematyczne ujawniają, a zarazem wpisują się w tendencje dominujące dziś w horrorze. Wśród nich znajduje się fascynacja patologiczną zbrodnią, tajemnicami przeszłości, mistyką. Na bok odchodzą wampiry, wilkołaki i wszelkie monstra. Te owszem, pojawiają się, ale często jako parodie samych siebie.

Niestety, wobec braku wprowadzenia czy poszerzonej informacji w samym kinie, wiele osób było chyba zawiedzionych tak tematyką, jak i poziomem samych filmów. To w dużej mierze kwestia nadmiernych oczekiwań, ale jednak organizując tego typu imprezę, trzeba się z nimi liczyć. Wiele pomógłby, na przykład, mały, drukowany program z opisem (bardziej szczegółowym niż na stronie www), a przede wszystkim z kontekstowym wprowadzeniem do treści poszczególnych produkcji. To jest wciąż do zrobienia, chociażby za rok.

Druga refleksja dotyczy publiki. Przeciętnego widza horrorów traktuje się jako rządnego krwi neandertalczyka. I choć nie można tego powiedzieć nawet o większości, a jedynie o paru promilach widzów, to jednak ci potwierdzają negatywne stereotypy w całej rozciągłości. Jednego dnia siedząca koło mnie ekipa narzeka na szelest popocornu, a samemu rechocze przez większość wieczoru jak głupi do sera. Co chwile ktoś daje upust swemu niezadowoleniu z filmów głośno komentując. Co jakiś czas rozlegają się głośne okrzyki…

Ja wiem, że neandertalczyków wyeliminować się nie da. Zawsze będą. Ale jeśli chcemy, (a chyba chcemy?), aby festiwal cieszył się uznaną rangą imprezy kulturalnej, KAŻDY jego element, musi określony poziom tej kultury prezentować – również, a może zwłaszcza, jego widzowie. Póki co, ciemności sali skłaniają raczej do umysłowego wstecznictwa. Co z tego, że to zaledwie kilka osób, skoro kilkaset pozostałych musi tego wysłuchiwać? Warto o tym pomyśleć. Może znamy jakiegoś neandertalczyka? Dobrze byłoby z nim pogadać. A może wystarczy nie reagować na kretyńskie zagrywy? Same znikną? Wszak coś, co nikogo nie obchodzi, szybko się nudzi. A jeśli film mi się nie podoba, po prostu z kina wychodzę, nie przeszkadzając innym. Te zasady warto by też włączyć do przyszłorocznego programu imprezy.




blog comments powered by Disqus