Wszystko co kocham / Všechno, co mám rád - refeleksje po 12. Kinie na granicy

Autor: Rafał Pawłowski
6 maja 2010

Organizatorom tegorocznego 12. Kina na granicy dopisało wszystko oprócz pogody. Jej załamanie w pierwszomajowy weekend nie popsuło na szczęście polsko-czesko-słowackiego święta kina.

 

Do Cieszyna przybyła w tym roku rekordowa ilość uczestników. Zdarzało się więc, że spod kinowych drzwi niektórzy odchodzili z kwitkiem. Magnesem był z pewnością atrakcyjny (zresztą jak co roku) program imprezy pozwalający nie tylko zapoznać się z najnowszymi produkcjami Polski i jej południowych sąsiadów, ale dający możliwość swobodnego odkrywania kina dużo starszego. Nierzadko kompletnie niedostępnego w oficjalnym obiegu. W dodatku staranie wyselekcjonowanego i opakowanego w odpowiednio dedykowane cykle.

 

W tym roku znaleźli więc coś dla siebie zarówno fani kina grozy mający okazję odkryć niesamowite opowieści, którymi filmowcy tzw. Bloku Wschodniego straszyli ich rodziców w latach 70. i 80., jak i miłośnicy literatury. Z myślą o tych drugich zaprezentowano przegląd filmów powstałych w oparciu o teksty, pochodzącego z Cieszyna, prozaika Kornela Filipowicza, współpracownika Stanisława Różewicza i bliskiego przyjaciela Wisławy Szymborskiej. Czeską literaturę reprezentowały adaptacje powieści Josefa Škvoreckégo. Przypomniano m.in. „Zbrodnię w nocnym klubie”, którą przed laty ożywił na ekranie Jiri Menzel.

 

Jak zwykle w repertuarze nie zabrakło też retrospektyw kina autorskiego. Takowej doczekał się w końcu Martin Sulik, jeden z najważniejszych współczesnych reżyserów słowackich, a prywatnie wielki miłośnik Kina na granicy. Jego, praktycznie nieobecne na polskich ekranach kino, to doskonały przykład opowieści potrafiących doskonale ważyć proporcje między dramatem a komedią i tym samym zbliżyć widza z filmowymi bohaterami.

 

Czesi z kolei odkryć mogli twórczość Adama Sikory. Goszczący praktycznie co roku w Cieszynie operator, który ma na swoim koncie współpracę z takimi reżyserami jak Jerzy Skolimowski czy Lech Majewski, obok ich filmów przywiózł na Kino na granicy swoje dokumentalne obrazy „Boże ciało” oraz „Bluesmani. Ballada o Janku Kyksie Skrzeku”. Dodatkową atrakcją była wystawa jego obrazów. Swoimi plastycznymi poszukiwaniami podzielił się także, wspominany już, Martin Sulik.

Do Cieszyna po chwilowej przerwie powróciła także Węgierska Wiosna Filmowa. Obecność najnowszej kinematografii czwartego z państw Grupy Wyszehradzkiej do dodatkowy wielokulturowy smaczek Kina na granicy. Podczas gdy inne festiwale szukają inspiracji przemierzając Azję i Amerykę Południową, organizatorzy cieszyńskiej imprezy konsekwentnie serwują nam kino sąsiadów i każdorazowo pozwalają odkryć w nim coś nowego i zaskakującego.

 

Takim odkryciem był z pewnością „Protektor” - niedawny zwycięzca krakowskiego festiwalu Off Plus Camera. W przypadku tej dramatycznej opowieści o małżeńskim dramacie, którego tłem i zarazem kołem napędowym jest okropieństwo drugiej wojny światowej, zapotrzebowanie widzów okazało się tak wielkie, że organizatorzy zmuszeni byli zorganizować dodatkowy seans.

 

Dopełnieniem tegorocznej imprezy była scena koncertowa. Będący w remoncie czeski dom kultury K.A.S. zastąpiony został w tym roku dużym namiotem na wewnętrznym dziedzińcu, górującego nad miastem, zamku. To chyba jedyne miejsce, gdzie sztuka stworzenia międzynarodowego mostu nie do końca się organizatorom udała. O ile wybór programu to zdecydowanie rzecz gustu, to zestawianie czasem bardzo awangardowych propozycji (jak choćby trio Trzaska/Zimpel/Vandermark) z dopełniającymi wieczór DJ-ami niejednokrotnie stanowiło nieprzyjemny dysonans.

 

Cichym bohaterem tegorocznego festiwalu był z kolei Bohdan Heblík – autor oprawy graficznej imprezy. Koszulki z jego projektami zniknęły z biura festiwalowego w ciągu kilku dni, festiwalową czołówkę nagradzano gromkimi brawami, a większość uczestników opuszczała Cieszyn ze zwiniętymi w rulon plakatami, a czasem także innymi elementami festiwalowej scenografii.

 

Wspomniana przeze mnie na początku kapryśna aura nie przeszkodziła organizatorom prawie w niczym. Prawie, bowiem ze względu na chłód i padający deszcz, plenerowy seans filmu Jacka Borcucha „Wszystko co kocham” trzeba było przenieść pod dach Teatru im. Adama Mickiewicza. To jednak nie przeszkadza użyć tytułu tego filmu w oderwaniu od fabuły jako swoistego podsumowania dla cieszyńskiego kina i klimatu. I umiędzynarodowić go bliźniaczym Všechno, co mám rád Martina Sulika.



blog comments powered by Disqus