Młodzi i "Film" - refleksje pofestiwalowe

Autor: Kamil Niewiński
6 lipca 2007

Koszaliński festiwal „Młodzi i Film” dobiegł końca. Pierwsze wrażenie to zdecydowanie niedosyt i lekkie zażenowanie. Pokazano dziesięć polskich filmów, bo tegoroczna edycja festiwalu formą powróciła do lat swej legendy, skupiając się jedynie na debiutach krajowych. Ich poziom kształtował się zróżnicowanie: na wspomnianych dziesięć obrazów może pięć da się obejrzeć, trzy obejrzeć warto, jedynie dwa prezentują sobą poziom zbliżony do definicji dzieła sztuki, a tylko jeden z nich swobodnie można nazwać dobrym.

Oceniając prezentowane obrazy, uwagę należy zwrócić szczególnie na międzynarodowe arcydzieło, coraz silniej reprezentowanej dziedziny sztuki filmowej: antyfilmu, jakim był bez wątpienia, konkursowy Spadek. Międzynarodowego, bo taki termin narzuca współpraca produkcyjna Polski i Anglii - sam reżyser też jest międzynarodowym produktem: urodzony w Polsce, ukończył francuską szkołę filmową, aby, mieszkając w Anglii, kręcić filmy w swoim kraju ojczystym.

Spadek jest w pewien nietypowy sposób zwycięzcą festiwalu i to w dwóch kategoriach- udało mu się w najkrótszym czasie wypłoszyć pierwszego widza z sali kinowej; zebrał też największą liczbę wyjść przed końcem projekcji. Reżyser Edward Porembny nakręcił film tak obrzydliwie nieudany, że nie sposób było wytrzymać na 90-minutowym seansie. Z reszta nie on jeden wpadł na pomysł wystawienia widza na próbę i zbadania, jak długo można go katować miernotą przedstawianych obrazów. Niestety!

Problem polskich debiutów jest ogromny, a wynika z niedopracowania już w tak fundamentalnych elementach jak scenariusz. Spadek jest tu przykładem skrajnej beznadziei, począwszy właśnie od scenariusza jako całości, przez zdjęcia i dźwięk, po samą grę aktorską. Próchnica opowiadanych historii była jednak chorobą powszechną, dotykającą nawet filmy ciekawie nakręcone. Weźmy chociażby Aleję gówniarzy Piotra Szczepańskiego, w której toporność konstrukcji bohaterów i strony dialogowej przebija tylko stalinowski socrealizm. Nie pomogły zgrabne pomysły formalne, ani kilka świetnych momentów w scenariuszu- brak jakiegokolwiek związku emocjonalnego z bohaterami opowieści oddala nas od obrazu, nie pozwala przeżywać. I chociaż naprawdę zgrabna technika zdjęciowa, płynąca odnogą z kina Wong Kar Wai’a, umilaja oglądanie Alei, zatrzymując nas jednocześnie w siedzeniach sali kinowej, po zakończeniu seansu wychodzimy puści, pozbawieni długotrwałych przemyśleń. Dzieło filmowe winno bowiem docierać do nas jako produkt kompletny, w całości przemyślany i dopracowany. Jego siłą jest przecież oddziaływanie na większość zmysłów odbiorcy i pobudzanie przez to jego wyobraźni. Dlatego tak ważnym wydaje się odpowiedni dobór formy do przedstawianej nam treści. Aleja gówniarzy przypomina nieco tendencję kina komercyjnego, w którym częste niedopracowanie scenariuszowe, maskowane jest widowiskowością, lub przynajmniej książkową poprawnością strony wizualnej filmu. Otrzymujemy tak wzór: forma zamiast treści, a nie wymagany i zdecydowanie lepszy: forma do treści.

Inaczej sprawa się ma w przypadku kolejnej „znakomicie nieudanej” pozycji: Pod powierzchnią. Sprawa jest tu nietypowa, bo do treści formę dobrano perfekcyjnie. Dlaczego więc film jest takim nieporozumieniem? Odpowiedź jest prosta- otóż do banalnej historii, w której papierowe postaci, językiem pozbawionym jakiejkolwiek emocji i w plastikowo skonstruowanych dialogach, wyrażać mają pseudo-głębię swoich charakterów, dobrano formę o równie niskim poziomie wykonania. Powyższy sarkazm ma podkreślić fakt, iż w momencie braku solidnej podstawy w scenariuszu, nie sposób skonstruować obrazu jednoznacznie dobrego, a sugerowanie widzowi rozczłonkowywanie dzieła, tylko po to, żeby doszukać się w nim zalet, jest formą oszustwa.

Dlatego zdecydowanie popieram i wręcz zachwycam się debiutem Łukasza Palkowskiego. Jego Rezerwat był na tegorocznym festiwalu jedynym filmem, którego anatomicznie rozbierałem na własne życzenie i po to tylko, aby doszukać się w nim wad. Bo siła Koszalińskich Spotkań Filmowych tkwiła właśnie w takim dociekaniu, niekiedy uszczypliwie niemiłym, ale zazwyczaj konstruktywnym w efekcie. Wytykanie niedociągnięć ma zawsze tą zaletę, że ilustruje się przed oczami twórcy elementy jego dzieła, których on, z racji braku dystansu, często nie dostrzega. Wydaje się to istotną lekcją pokory, zwłaszcza dla twórców dopiero startujących. Oczywiście doszukałem się w końcu niemałej usterki. Istotne jest jednak coś zgoła innego. Rezerwat był jedynym filmem, który oddziaływał na mnie jako spójna i zwarta struktura. Jego siłą była równowaga formalno-treściowa, która, wsparta szczerym entuzjazmem, powodowała w nas emocję, odwracającą wzrok od niedoskonałości. Prawdziwa magia kina!

Tej siły nie da się natomiast odnaleźć, w Chaosie Xawerego Żuławskiego, którego tytuł znakomicie oddaje rozchwianie w formie oraz strukturze fabularnej filmu. Nie brzmi przekonująco tłumaczenie reżysera, który przez taką niespójność, zbliżyć się chciał do chaosu współczesnej rzeczywistości. Problem w tym, że nadanie jakiegoś tytułu nie upoważnia reżysera do kręcenia filmu zgodnego z nim w każdym elemencie. Rozumując w ten sposób, wspomniany już Edward Porembny nakręciłby ponadczasowe arcydzieło kina światowego, gdyby tylko zamiast Spadek, zatytułował go np. „Wielka podróż w krainę beznadziei”. Xawery Żuławski to obiecujący reżyser, zdolny spłodzić dzieła prawdziwe - niestety porównując jego debiut z Rezerwatem, odnoszę wrażenie, że ze zwycięstwa powinien się cieszyć Palkowski.

Werdykt koszalińskiego Jury jest więc w mojej opinii, rzeczą co najmniej dyskusyjną. Łukasz Palkowski odebrał nagród pięć, w tym jedną specjalną - festiwal zaś wygrał Chaos. I właśnie w tej specjalnej nagrodzie upatrywać można największą niesprawiedliwość. Rezerwat powinien był zdobyć grand prix - ewentualne „specjalnie tworzone wyróżnienia” przeznaczyłbym dla Chaosu.

Sprawą osobnej dyskusji jest sama organizacja festiwalu. Forma zubożała i nie chodzi tu tylko o spolszczenie imprezy. Brak w konkursie filmów zagranicznych zawężył oczywiście aspekt porównawczy, czy lepiej - konfrontacyjny. Koszalin upodobnił się do masy letnich imprez filmowych, na których ciągle te same ekipy, dyskutują o tych samych filmach. Obecność twórców z innych kultur, nawet jeżeli ich filmy reprezentowały poziom średni, dodawała imprezie kolorytu, chociażby ze strony odbiorców. I nie prawdą jest, że przy produkcjach zachodnich, których budżety znacznie przewyższały nasze, polskie filmy nie miały jak podjąć walki. Za przykład niech tu posłuży, pokazywana poza konkursem, Droga Molly Emily Afet, która jako dzieło filmowe wypada najwyżej średnio i z którą konkurować mogą spokojnie nawet Przebacz czy Sztuka masażu. Jeżeli więc obraz energicznej Niemki zainteresował zagranicznych dystrybutorów, nie widzę większych przeszkód, aby debiuty polskich reżyserów mogły podbijać kina naszych sąsiadów.

Głównym jednak zarzutem do organizatorów, nie jest wcale nacjonalizacja festiwalu. Prawdą jest to, że w ostatnich latach przybyło nam tyle debiutów, iż nie potrzebujemy pomocy z zagranicy, aby program imprezy zapełnić. Istotą zmian stało się jednak przejęcie koszalińskiego festiwalu, przez Stowarzyszenie Filmowców Polskich, które nie tylko zmieniło interesującą drogę rozwoju, ale śmiem twierdzić, że całkowicie rozwój wstrzymało. Festiwal nabrał smaku imprezy prowincjonalnej. Zamknął się w schemacie typowej koleżeńskiej współpracy, przeistoczył w miniaturę, czy raczej parodię gdyńskiego święta kina. Na szczęście zachowano najcenniejszy wyróżnik festiwalu Młodzi i Film, czyli znakomite dyskusje Szczerość za Szczerość.

Już początek imprezy przyniósł ze sobą spekulacje, co do obiektywności jurorów. Stawiano na zwycięstwo Fabickiego. Z resztą poziom Z odzysku najlepiej określa właśnie tytuł tego obrazu (sic!). Na szczęście tak wielkiej plamy nie było - nie obeszło się jednak bez skandalu. Wywołał go natomiast dowód na brak jakiegokolwiek pojęcia o ocenianych filmach wśród członków jury, którzy łaskawie przyznali nagrodę za najlepszy scenariusz dla filmu Sztuka masażu. Cóż, film nawet nie najgorszy, tyle tylko, że powstały bez spisanego wcześniej scenariusza. Oby tak dalej, bo podobno słaby mamy w kraju poziom komedii!



blog comments powered by Disqus