Nudziarstwa nie zabrakło - refleksje po "Młodych i Film"

Autor: Kamil Niewiński, Rafał Pawłowski
11 lipca 2009

Tegoroczny Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film nie przyniósł ze sobą zaskoczenia werdyktem – zwyciężył obraz zdecydowanie najciekawszy, nagrody aktorskie rozdano zasłużenie i jedynie scenariuszowy sukces Marcina Wrony pozostawia po sobie spory niesmak zażenowania. Obyło się bez skandalu i kontrowersji, a przy tym i bez emocji. Formuła Koszalińskich Spotkań Filmowych wydaje się coraz bardziej archaiczna i chociaż tegoroczna edycja festiwalu przyciągnęła znacznie większą widownię niż poprzednia, nie jest to już ta sam impreza, na którą z niecierpliwością czekało się jeszcze pięć lat temu. Przytępił się ostry język rozmów Szczerość za szczerość, które z burzliwych i pochłaniających konwersacji, analizujących poziom filmowych obrazów, przepoczwarzają się nieuchronnie w lukrowane konferencje prasowe, pełne bezmyślnych peanów na rzecz debiutujących twórców. Znika refleksja i potrzeba wyrażania własnych poglądów, ustępując miejsca nic nie wnoszącym laurkom, składanym nawet najbardziej uwłaczającym inteligencji obrazom.

Tegoroczny poziom polskich debiutów filmowych przekroczył granicę przyzwoitości. Jest źle. I nie chodzi tu nawet o ułomność formalną – całkiem niedawno na koszalińskim festiwalu w lawinie produkcji offowych i niezależnych, operujących warsztatem tak nieudolnym, że trudno właściwie podejmować się jego oceny, ginęły propozycje ciekawe i wartościowe (przypomnijmy chociażby zwycięstwo całkowicie zapomnianego już filmu Grzegorza Lipca Że życie ma sens, nad znakomitym debiutem Przemysława Wojcieszka Głośniej od bomb, czy pomysłowym i bardzo interesującym Eukaliptusem). Największy problem tkwi w samym fundamencie filmowych produkcji, a mianowicie w opowiadanych historiach.

Milczeniem pominąć należy Zgorszenie publiczne – nową komedię studio Paisa Film, zapowiadaną jako śląski Rezerwat – w którym mało śmieszny scenariusz zetkną się z ogromną pomyłką życiową reżysera, jaką był wybór zawodu. Równie słabo wypada drugi już w historii debiut Gerwazego Reguły Droga do raju. Elementem, który ratuje tą propozycje są bardzo sprawne, i konsekwentnie prowadzone zdjęcia Jeremiasza Prokopowicza. Nie do końca jasna była dla mnie koncepcja ruchu kamery w niektórych ujęciach - na przykład delikatne kołysanie w momentach zbliżeń na główną bohaterkę i jej męża, czy całkowita zmiana stylistyki w zupełnie absurdalnej scenie z jadącymi przez las samochodami terenowymi – tym niemniej praca operatorska pozwala przesiedzieć cały film w kinie z rzadka tylko myśląc o ratowaniu się ucieczką. Odwrotnie jest niestety z fabułą. Regule i Plucińskiej udało się stworzyć historię zupełnie niespotykaną, dramaturgię bez konfliktu i antagonisty, opowieść zupełnie o niczym. Nieudolnie prowadzona narracja powoduje, że reżyser działa niekonsekwentnie, gubi wprowadzone wątki zostawiając je najczęściej bez rozwiązania. Dla Drogi do raju kluczowa jest główna bohaterka (bardzo delikatna i pełna wdzięku kreacja Ilony Ostrowskiej). Poznajemy ją w konkretnej sytuacji rodzinnej: kobieta samotnie wychowuje małoletniego chłopaka, opiekuje się wiekową i schorowaną matką pracując ponadto w miejscowej masarni. Pomimo ciężkiego życia nie gubi nadziei i pogody ducha, każdy dzień wita uśmiechem podkochując się jednocześnie w sympatycznym kierowcy śmieciarki. Zawiązanie akcji przypada na moment, w którym matka bohaterki umiera. Ela urządza stypę, zaprasza gości. Przyjeżdża też jej siostra – kobieta choleryczna i pretensjonalna - w towarzystwie lekko przygłupiego męża. Na ekranie zaczyna rodzić się konflikt, za którym, zgodnie z regułami dramaturgii, powinniśmy  dalej podążać. Siostra bohaterki żąda podziału majątku po matce, sypie astronomicznymi sumami, których Ela nie jest w stanie zgromadzić. Rodzeństwo kłóci się rzucając wzajemne oskarżenia. W punkcie kulminacyjnym interweniuje nasz sympatyczny kierowca śmieciarki, a wredna siostra wraz z mężem opuszczają przyjęcie żałobne, ciskając na odchodne kilka pogróżek. Takie ułożenie wątków w czasie narracyjnym sugeruje, że rodzinny konflikt zagra tu główną nutę w opowieści. Niestety moment wyjścia siostry ze stypy jest jednocześnie jej ostatnim momentem w fabule. Podany przykład nie jest zresztą jednostkowy – po pierwszych piętnastu minutach naliczyć można około dziesięć rozpoczętych wątków, z których pod koniec rozwiązuje się może połowa. Widzowi łatwo jest się pogubić, zwłaszcza, że scenarzyści wplatają tu pomysły zupełnie niezrozumiałe i asynergiczne. Mamy więc  element miłosny, bo uczucie Eli zostanie przez kierowcę śmieciarki odwzajemnione, mamy wątek nowotestamentowy, bowiem Ela miej więcej w połowie filmu zaczyna cudownie uleczać, pojawia się też wątek społeczny, kiedy do bohaterki zacznie dobierać się pracodawca, i na koniec wątek fantastyczny, w którym bohaterka miłosiernie pracodawcy odpuszcza. Dramatu dopełnia cudowne rozwiązanie akcji i powtarzające się w scenach kościelnych pobożne inwokacje głównej bohaterki (wątek ekumeniczny).

Jeszcze większe wątpliwości (z racji przyznanych nagród) budzą dwa inne festiwalowe debiuty - Ego Krzysztofa Jankowskiego oraz Druciki Ireneusza Grzyba i Aleksandry Gowin. W pierwszym przypadku da się obronić nagrodę aktorską dla Jana Kraśko, który stworzył przekonującą kreację wkraczającego w dorosłe życie mężczyzny wdającego się w konflikt ze swoim przełożonym - równolatkiem. Niestety opowiadana historia razi nagromadzeniem uproszczeń. Ekranowy konflikt pozbawiony jest dramatyzmu, charaktery postaci ledwie naszkicowano, a rozwiązania fabularne trącą banałem i wywołują irytację. Wydaje się, że zarówno w przypadku Ego, jak i Drucików skrojony na etiudę pomysł niepotrzebnie rozciągnięto do rozmiarów pełnometrażowego filmu. Druciki mogłyby bowiem zauroczyć widza. Podana w nieco bajkowej formie opowieść o przyjaźni dwóch nastolatek zapowiada się interesująco. Niestety twórcom najwyraźniej zabrakło odwagi, by nadać tej historii jakieś znaczenie. Ostatecznie więc jesteśmy świadkami banalnej, letniej opowiastki, która wietrzeje z głowy chwilę po opuszczeniu kinowej sali.

Nie inaczej jest z debiutem Marcina Wrony Moja krew, któremu w warstwie realizacyjnej trudno jest cokolwiek zarzucić. Nagroda za dźwięk dla Tomasza Sikory jest tu w pełni zasłużona, a surowe zdjęcia Pawła Flisa na pewno na nagrodę zasługiwały. I tutaj lista zalet się kończy. Scenariusz Mojej Krwi, chociaż zwyciężył w konkursowej rywalizacji (a jego wcześniejszą wersję nagrodzono w prestiżowym konkursie Hartley-Merill), bardziej przypomina bełkot schizofrenika na morfinie niż mądrą i głęboką opowieść. Brak logicznej spójności, nierealność ludzkich postaw i zachowań, emocjonalna pustka i banał płynęły z ekranu obfitym strumieniem, podlewane są jeszcze fatalną grą właściwie całego zespołu aktorskiego. Żółtą koszulkę lidera otrzymuje tutaj Eryk Lubos, którego postać, mająca wyrażać bardzo ludzką potrzebę pozostawienia po sobie trwałej wartości, kreowana jest w sposób tak toporny, że nie sposób uwierzyć w jej zdolność do tak głębokiego odczuwania. Zamiast symbolu  widzimy na ekranie troglodytę z problemami artykulacyjnymi, a ponieważ – podobnie jak w obrazie Reguły – bohater jest dla narracji kluczowy, cała historia zamienia się w sprawnie sfilmowaną traumę.

Dużo lepszą propozycją był obraz Macieja Pieprzycy Drzazgi, który na festiwal specjalnie przemontowano, tworząc bodajże drugi w historii kina polskiego director’s cut (pierwszym była pozbawiona lubieżnej miłości Olbrychskiego i Jędrusik Ziemia Obiecana). Nową wersję Drzazg rzeczywiście ogląda się lepiej, bo film ma nieco sprawniejsze tempo, ale dla samej historii zmiana jest zaledwie kosmetyczna. Ta natomiast opisywana była już wielokrotnie, bo obraz Pieprzycy pokazywany był na festiwalu w Gdyni – poza tym ma już za sobą kinową premierę.

Inaczej jest w przypadku, wchodzącego do kin we wrześniu, debiutu Rogalskiego. Scenariuszowi Ostatniej akcji trudno odmówić potencjału. Grupa byłych akowców, uczestników powstania warszawskiego, w reakcji na opieszałość policji, postanawia sama rozprawić się z grupą przestępczą. Wiekowi już bohaterowie wojennych dni wykopują więc stary zapas broni i ruszają do akcji. Pomysł na komedię doskonały i na poziomie scenariusza historia ta pretendowała do artystycznego i komercyjnego sukcesu. Niestety zamiast pełnej humoru opowieści, widzimy na ekranie permanentny dramat. Rogalski kręci kino dynamiczne, korzystając ze stylistyki charakterystycznej dla teatru telewizji, źle prowadzi aktorów, nie potrafi zręcznie pointować obrazem. Komizmu tu właściwie nie ma – za to nudziarstwa naprawdę nie brakuje.

Całe szczęście pozostał jeszcze debiut Katarzyny Rosłaniec, który pomimo, że niedoskonały i momentami zbyt krzykliwy, przyniósł oczekiwany powiew świeżości. Galerianki to kino niebanalne, mówiące o młodocianym egoizmie, nieumiejętności kochania, ale i poszukiwaniu miłości. Widać tu pomysł i potrzebę dialogu na temat społecznie istotny. Film opowiada historię upadku moralnego młodej nastolatki, która pozostając w samolubnym świecie, uczy się zasad wprawiających go w ruch. Na pierwszym planie ma koleżanki – bardziej już doświadczone i świadome rzeczywistości – dalej rodzinę, w której egoizm wypiera miłość na daleki plan, właściwie zamykając ją w zapomnieniu. Tu prawie wszyscy idą na łatwiznę, wszyscy żądają, dając przy tym z siebie, jak tylko można najmniej. Dziewczyna buntuje się przeciwko tej pustce, próbuje z nią walczyć, by w którymś momencie poddać się społecznej regule. Zaletą tego obrazu jest subiektywizm – jednoznaczna ocena postaw bohaterów – zobrazowanie skutku emocjonalnej egocentryczności. Sukces Galerianek wynika zdecydowanie z konsekwencji i konkretnie wytyczonych założeń. Rosłaniec nie ustrzegła się błędów – debiutująca reżyser momentami idzie na łatwiznę, wplatając chociażby lekko pretensjonalną muzykę O.S.T.Ra, lub próbując budować symbolizm w sposób zbyt oczywisty i transparentny. Nie jest to jednak zarzut zbyt wielki, ponieważ wulgarność i wrzask jaki uderza z kolejnych sekwencji stanowi bardzo sprawnie przyjętą konwencję: silne dopełnienie fabularnej rzeczywistość. Niepotrzebna dosłowność, która momentami delikatnie irytuje, wynika raczej z innych poszukiwań estetycznych i odmiennego spojrzenia na kino. Galerianki napisane są bowiem wielkimi literami, nawet wtedy gdy subtelnie zbliżają się do poezji. Rosłaniec niechętnie bawi się w omówienia, nie stara się rzeczywistości koloryzować. Dzięki temu jej obraz zachowuje autentyczność, jest przerażający pomimo nadziei, którą po sobie pozostawia. Całość pointują fantastyczne kreacje aktorskie z nieoczekiwanie dojrzałą rolą Anny Karczmarczyk (Alicja) i ekspresywną Dagmarą Krasowską (Milena).



blog comments powered by Disqus