Dziesięć nocy z Gutkiem


19 lipca

Pod względem organizacyjnym tegoroczne Nowe Horyzonty na razie odrobinę zawodzą. Na szczęście clou imprezy – filmom – nie można nic zarzucić.

Na starcie festiwalu wrocławscy widzowie zobaczyli Cztery noce z Anną. Filmem tym po dwudziestu latach milczenia powrócił na ekrany Jerzy Skolimowski. I choć to studium miłości, jaka nieśmiało kiełkuje w niezbyt lotnym Leonie, nie jest filmem wybitnym, to od czasów Kobiety samotnej Agnieszki Holland, może z wyjątkiem niezbyt udanego Szczęśliwego Człowieka Małgorzaty Szumowskiej, nie oglądaliśmy w polskim kinie tego typu próby opowieści. Siłą filmu Skolimowskiego jest warstwa wizualna. Operator Adam Sikora po raz kolejny potwierdził, iż ma niesamowity talent do wydobywania piękna z obdrapanych i sypiących się ścian starych magazynów, hal i zaniedbanych domostw, jakich pełno na polskiej prowincji.

Wzbudzający zawsze wiele emocji Międzynarodowy Konkurs Nowe Horyzonty otworzyły dwa filmy, których pokazy należy zaliczyć do udanych. To o tyle ważne, gdyż nierzadko bezkompromisowy w swych wyborach Roman Gutek oraz jego współpracownicy nierzadko serwują w Konkursie tytuły, które potrafią bardzo radykalnie dzielić festiwalową publiczność. W tym roku zaczęło się więc wyjątkowo spokojnie.

Kanadyjski Continental, film bez broni to niskobudżetowa, skromna komedia o potrzebie bliskości drugiego człowieka. Obraz, który choć nie eksploruje konkursowego hasła nowych horyzontów, to jednak wpisuje się w nurt amerykańskiego kina niezależnego z czułością portretującego ofiary społecznej atomizacji i od zawsze obecnego w festiwalowym konkursie. W ubiegłym roku publiczność dość dobrze oceniła podobny obraz - Poza tymContinental również znajdzie tu zapewne gorących wielbicieli.

Na zupełnie innym biegunie stoi Jezus Chrystus Zbawiciel będący dokumentalnym zapisem występu Klausa Kinskiego, który odbył się w Berlinie w roku 1971. Próbujący przenieść tekst ewangelii w rzeczywistość społeczno-obyczajowej rewolty lat 60. Kinski zderzył się podczas występu z radykalną postawą widzów – hipisów i anarchistów, którzy odmówili mu prawa do kreowania na scenie roli demiurga. Pozostawiony praktycznie bez komentarza zapis tej wielogodzinnej „bitwy” hipnotyzuje. Szkoda jednak, iż nie daje odpowiedzi ani na pytania na ile przebieg tamtego występu odbił się echem w niemieckim społeczeństwie, ani też jak dziś, z perspektywy czasu, postrzegane jest nad Renem to wydarzenie.

Wspomniane na początku rozczarowania to m.in. wynik sentymentów jakie rodzą wraz z każdym rokiem obecności na Nowych Horyzontach. W tym roku organizatorom nie udało się zapewnić widzom, obecnej w poprzednie lato „plaży” - oazy spokoju zajmującej całą ulicę przed Mediateką. Zepchnięci na chodnik festiwalowicze musieli ustąpić miejsca tramwajom i samochodom. Bez sentymentów należy natomiast ocenić tegoroczną festiwalową gazetę Na Horyzoncie. Po dwóch latach zmieniła ona design (to dobrze, bo tamten nieco się już opatrzył). Nowy layout jest nie tylko niezwykle archaiczny i mało czytelny, ale nie brak w nim także rozwiązań niezgodnych z ogólnie przyjętymi regułami łamania gazet. Praktycznie pozbawiony zdjęć premierowy numer gazety z ledwością nadawał się do czytania.

Rozczarowuje też zestaw konkursu Nowe Filmy Polskie. Ideą organizatorów było do ubiegłego roku pokazywanie rzeczy nowych, które we Wrocławiu miały mieć swoją premierę. Niestety rzeczywistość nie sprostała tym założeniom i tak w tym roku (z rocznym opóźnieniem) trafił tu debiut Łukasza Palkowskiego Rezerwat, a także kilka innych tytułów, które gościły na ekranach polskich kin w pierwszej połowie 2008 roku.

Rozczarowaniem osobistym dla organizatorów jest za to zapewne frekwencja w pierwsze dwa dni w festiwalowym klubie Arsenał. To jednak prawdopodobnie zmieni się już dziś wieczorem, bowiem nowohoryzontową scenę opanują reprezentanci brytyjskiej wytwórni Ninja Tune – Coldcut oraz Skalpel. Biletów już nie ma.

21 lipca - Syndrom ciężkich powiek

Zgodnie z przewidywaniami główny konkurs Nowych Horyzontów po pierwszym lekkostrawnym dniu w kolejnych powrócił do charakterystycznego dla siebie repertuaru - filmów trudnych w odbiorze, eksplorujących obrzeża filmowej formy, dzielących publiczność, nierzadko męczących i wysyłających podprogowe sygnały z gatunku "twoje powieki są ciężkie, chce Ci się spać". Nic więc dziwnego, iż w relacjach i recenzjach tej części festiwalu głosy zachwytu przeplatają się z wiązankami mocnych pejoratywnych określeń. Na szczęście w konkursowym gronie nie brak także perełek w stylu najnowszego obrazu Guya Maddina Moje Winnipeg. Ten cały czas niestety bardzo słabo znany polskiej publiczności kanadyjski twórca od kilku lat jest stale obecny na ENH. Jego obrazy, odwołujące się do kina lat 20. i 30. XX wieku to interesujące wizje z pogranicza jawy i snu. Seans Mojego Winnipeg to wyprawa do rodzinnego miasta autora. Wyprawa, która jest pełną niezwykłych anegdot i historii opowieścią o korzeniach i tym, jak kształtują one nas i naszą tożsamość. Obraz Maddina to, na razie, faworyt festiwalowej krytyki - średnia ocen w rangingu 4,4.

Mnóstwo ważnych i wartościowych rzeczy obejrzeć można natomiast poza konkursem. Ulubieńcem tegorocznej widowni jest Terence Davis - brytyjski reżyser - homoseksualista, którego autobiograficzne filmy są przykładem niezwykle odważnego ekranowego ekshibicjonizmu. Projekcje obrazów Davisa należą do najbardziej obleganych na festiwalu. Kolejki do sal, w których się odbywają, ustawiają się już na ponad godzinę przed rozpoczęciem seansu.

Oblężenie przeżywała wczoraj także sala, w której organizatorzy zaplanowali pokaz filmu Strach(y) w ciemności - na nowelową animację, w której powstaniu udział wzięli wybitni twórcy światowego komiksu, tacy jak Charles Burns, chciało się dostać kilkaset osób. Takiej sytuacji kompletnie nie przewidzieli organizatorzy, którzy zorganizowali seans w najmniejszej z sal festiwalowego kompleksu Helios. Ci, którzy się nie dostali, mają jeszcze dwie szanse - Strach(y) w ciemności pokazywane będą w piątek 25 lipca, a także w dniu zakończenia imprezy - 27 lipca. Należy mieć nadzieję, iż twórcy festiwalu zreflektują się i przeniosą projekcję, zbierającego znakomite recenzje, filmu na większą salę.

Za nami także kilka wydarzeń specjalnych festiwalu: premiera opery Csoma zrealizowanej specjalnie z myślą o Nowych Horyzontach przez węgierskiego muzyka i filmowca Tibora Szemzo, dwa koncerty Michaela Nymana, w tym jeden będący ilustracją do słynnego Człowieka z kamerą Dżigi Wiertowa, a także pokaz nowozelandzkiego dokumentu Mana Waka.

Na wyróżnienie zasługuje szczególnie to ostatnie wydarzenie. Organizatorom udało się bowiem sprowadzić do Wrocławia film, który dotąd nigdy nie był pokazywany poza Nową Zelandią, a każda jego projekcja wymaga specjalnej zgody przywódców maoryskich plemion. Zarejestrowana prawie 70 lat temu opowieść o próbie odtworzenia legendarnej maoryskiej floty, którą przybyli na wyspy polinezyjscy przodkowie Maorysów, powstała na zamówienie księżniczki Te Puea Herangi, która pod koniec lat 30. XX wieku postanowiła uczcić w ten sposób stulecie podpisania tzw. traktatu z Waitangi. Taśmy leżały w archiwach przez pół wieku. Odkryte i zmontowane w 1990 roku stanowią niezwykłą opowieść o kulturze pierwotnych mieszkańców Nowej Zelandii. Wrocławski pokaz poprzedziło wprowadzenie ze strony maoryskiego przedstawiciela Nowozelandzkiego Instytutu Filmowego, który opowiedział historię powstania filmu, a swoje wystąpienie zakończył tradycyjną pieśnią.

23 lipca - Na półmetku

Po pięciu dniach wrocławskiego festiwalu stwierdzić można z pewnością jedną rzecz: Mistrzowie nie zawodzą. Pokazywane w ramach Panoramy filmy Kwiat wiśni – Hanami Doris Dörrie, Pieśń wróbli Majida Majidi czy Bracia Karamazow Petera Zelenki to pozycje znakomite. Kwestię osobną stanowi bezprecedensowy Funny Games US Michaela Haneke będący autorską kopią własnego filmu sprzed dekady. Zrealizowany identycznie ujęcie po ujęciu film z udziałem amerykańskich gwiazd (Tim Roth i Naomi Watts) od pierwowzoru poza obsadą różni wyłącznie język (niemiecki został zastąpiony angielskim). Przyjmując, iż Haneke kpi w ten sposób w remake'ów jako recepty Hollywood na kinowe hity, należą mu się w tym momencie gromkie brawa. Jednakże Ci, którzy znają pierwowzór mogą czuć się zawiedzeni faktem, iż po raz drugi otrzymali dokładnie ten sam film. Niezależnie od odczuć autoremake Haneke to naoczny dowód, iż zrealizowane przez niego przed laty dzieło nic się nie zestarzało. Zarówno problemy jakie porusza, jak i sposób opowiadania o nich są cały czas żywe i aktualne.

W gronie wstępujących dopiero na filmowe salony warto z pewnością wyróżnić konkursowy Pomóż Erosie Lee Kang-shenga - poruszający globalny już problem cywilizacyjnego zagubienia i samotności. Bohaterem filmu jest wiecznie upalony marihuaną biznesmen, który stracił wszystko w wyniku giełdowego krachu. Szukając pomocy u terapeutki telefonu zaufania wdaje się z nią w internetowy flirt. W tym samym momencie poznaje też handlującą betelem dziewczynę, a ta zostaje jego kochanką... Pochodzący z Tajwanu Kang-sheng to aktor i uczeń uwielbianego przez dużą część nowohoryzontowej publiczności Tsai Min-lianga. Podobnie jak jego mistrz twórca Pomóż Erosie stara się uchwycić proces atomizacji społeczeństwa azjatyckich tygrysów. Czyni to jednak przywiązując dużo większą wagę do fabuły. Dlatego też Pomóż Erosie to nie tylko filmowa refleksja ale także kawałek dobrego kina, choć z pewnością nie sięgający "poza horyzont".

Silną stroną wrocławskiego festiwalu są także dokumenty. Solidną cegiełkę do historii Nowego Jorku i współczesnej kultury dokłada Abel Ferrara w obrazie Chelsea on the Rocks. W tej niezwykłej opowieści o jednym z najbardziej specyficznych miejsc NY - hotelu, w którym przez miesiące, a czasem i lata rezydowały takie postaci jak William S. Borroughs, Arthur Miller, Arthur C. Clarke, Sid Vicious, Miloš Forman, Grace Jones, Janis Joplin, Andy Warhol, Robert Oppel, Dennis Hopper, Ethan Hawke, Julian Schnabel. Dokument Ferrary to smutne pożegnanie z Hotelem, który nowi zarządcy próbują przekształcić w atrakcję turystyczną...

25 lipca - Czas na relaks

Wrocławski festiwal powoli zbliża się do końca. Przed nami jeszcze niecałe trzy dni pokazów. Wśród nich cztery filmy konkursowe: brytyjski Derek będący dokumentalną opowieścią o Dereku Jarmanie, nowozelandzki Deszcz Dzieci Vincenta Warda, węgierskie Powolne zwierciadło i tajwańska Dusza demona. Czy któremuś z nich uda się zaistnieć w świadomości widzów mocniej niż utrzymujące cały czas pozycję faworyta Moje Winnipeg Guya Maddina? Niezwykle słaby tegoroczny festiwalowy konkurs sprawił, iż widzowie coraz mniej licznie uczestniczą w konkursowych pokazach, a wystawiane przez krytyków oceny filmów tylko dwukrotnie osiągnęły poziom 4.

Jałowość konkursowych produkcji zdaje się odbijać niestety także na kondycji piszących o festiwalu, którzy prześcigają się w kompromitujących wpadkach. Tegoroczna festiwalowa gazeta Na Horyzoncie przypisała film Rogera Donaldsona Angielska robota Andrzejowi Żuławskiemu. Ta redakcyjna pomyłka to jednak drobnostka wobec dyletanctwa redakcji Krytyki Politycznej, która na swoim blogu na otwarcie (piórem Joanny Ostrowskiej) zapowiadającego część festiwalowych wydarzeń dziennikarza Polskiego Radia Pawła Sztompke pomyliła z Piotrem Sztompką (znanym polskim socjologiem), a następnie (w tekście Łukasza Andrzejewskiego) scenarzystę i odtwórcę głównej roli w filmie Rezerwat Marcina Kwaśnego przechrzciła na Marcina Wilczyńskiego (sic!).

Wobec tych faktów warto chyba zastanowić się nad rezygnacją z seansu i uczestnictwem w zajęciach relaksacyjnych, które codziennie o 13.00 przed wrocławskim Teatrem Lalek prowadzą w ramach ENH doświadczeni instruktorzy fitness. Rozluźnienie zastałych od kinowych foteli mięśni i oczyszczenie umysłu przydadzą się przed finiszem festiwalu, na którym czeka nas jeszcze kilka naprawdę dobrych tytułów.



blog comments powered by Disqus