Festiwal z domieszką odwagi - podsumowanie 27. WFF

Autor: Rafał Pawłowski
18 października 2011

Warszawski Festiwal Filmowy od dwóch lat szczyci się kategorią A plasującą ją w gronie najbardziej prestiżowych imprez filmowych na świecie. Mylą się jednak Ci, którzy oczekują tu czerwonego dywanu i blasku gwiazd niczym w Cannes czy Wenecji.

Twórcy WFF unikają blichtru, stawiając na solidny program, odkrywanie nowych, rokujących nadzieję, nazwisk, a także – za sprawą targów CentEast - budowanie przestrzeni do współpracy między kinematografiami z Europy Środkowo-Wschodniej. To właśnie na jej zrębie tworzy warszawska impreza swoją tożsamość m.in. starając się zapraszać do konkursu głównego wartościowe produkcje z tej części Europy. Warto zresztą podkreślić, że selekcjonerom Festiwalu nie brak odwagi – w tym roku festiwalowej rywalizacji znalazło się miejsce dla kilku interesujących debiutów, a także (co z pewnością uznać trzeba za ewenement) aż trzech filmów animowanych.

Nagrodzona tegorocznym Grand Prix znakomita, porażająca Róża, konsekwentnie promowanego przez twórców imprezy, Wojtka Smarzowskiego mierzyła się więc m.in. ze Znieważoną ziemią Michale Boganim. Autorka dokumetu Odessa, Odessa postanowiła w swym fabularnym debiucie zmierzyć się z trudnym tematem katastrofy w Czarnobylu. Ozdobą tej francusko-niemiecko-polsko-ukraińskiej opowieści o przesiąkniętych tragedią i uwięzionych w murach miasta-widma ludziach jest z pewnością rola Andrzeja Chyry, który wcielił się w zagubionego w czasie i przestrzeni inżyniera-radiologa.

Z duchami przeszłości zmagają się także bohaterowie czeskiej animacji Alois Nebel wydobywającej na powierzchnię trudną tematykę powojennych wysiedleń Niemców Sudeckich. Zamknięta w czarno-białej, nawiązującej do komiksowego pierwowzoru, estetyce historia pulsuje hipnotyczną siłą powracającej sennej mary. Zupełnie inną plastyką operuje kolejna środkowo-europejska koprodukcja – Crulic – droga na drugą stronę Ancy Damian. Łączący różne style animacji rumuńsko-polski obraz to, niepozbawiona czarnego humoru, opowieść wywiedziona z autentycznej historii Cluadiu Crulica – niesłusznie oskarżonego o kradzież rumuńskiego 33-latka, który zmarł w wyniku głodówki protestacyjnej podjętej w krakowskim areszcie śledczym. Poza produkcjami Europy Środkowo-Wschodniej silnie reprezentowane w konkursie były kraje Azji (m.in. trzecia z animacji – japoński List do Mo Hiroyuki Okiury nawiązujący klimatem do filmów Hayao Mizayakiego) i Ameryki Południowej (m.in. wyróżniony nagrodą specjalną za reżyserię dla Santiago Amigorena kanadyjsko-argentyński western Inna cisza).

Kino tych dwóch kontynentów przeważało także w konkursie Film 1-2 promującym dzieła dopiero co debiutujących reżyserów oraz w kolejnej konkursowej sekcji – Wolny Duch – nastawionej na kino eksperymentujące z formą i sięgające po niestandardowe środki wyrazu. W obu kategoriach znaleźli się także reprezentanci USA oraz Europy Zachodniej, lecz tryumfowali tu odpowiednio – rosyjski Portret o zmierzchu oraz argentyńska Pompeja w reżyserii Tamae Garateguy. Jurorzy sekcji Wolny Duch wyróżnili ponad to kolejny południowoamerykański film - Mały, Gruby, Łysy Carlosa Osuny (Kolumbia), a także hiszpański obraz Dusze Much.

Zachodnie produkcje zdominowały natomiast konkurs filmów dokumentalnych. Ten najprężniej rozwijający się w ostatnich latach nurt w kinie mógł zakoczyć rozpiętością propozycji tematycznych (dziedzictwo kulturowe, marketing, ekologia, sport, moda, kuchnia, dźwięk, religia, polityka) i wachlarzem bohaterów (od zfiksowanego na punkcie Manchesteru United fana z Bułgarii po Augusto Pinocheta).

Osobną, wartą wyróżnienia sekcją WFF są filmy prezentowane na pokazach specjalnych. Tu organizatorzy zaproponowali silny zestaw głośnych produkcji prezentowanych i nagradzanych na innych światowych festiwalach. W ramach warszawskiego festiwalu mogliśmy więc obejrzeć m.in. zwycięzcę tegorocznego Sundance – Drugą Ziemię Mike'a Cahilla. Ubraną w kostium s-f historię o winie i odkupieniu ze zjawiskową Brit Marling w roli głównej.

Będący hołdem dla Kobayashiego remake jego Harakiri stworzony w technologii 3D przez uważanego enfante terrible japońskiego kina Takashi'ego Miike. Znany z zamiłowania do przesytu twórca trylogii Dead or Alive dość niespodziwanie odrobinę zakpił sobie ze stereoskopii tworząc obraz, w którym zostaje ona sprowadzona do roli estetycznego zabiegu nie mającego nic wspólnego z efekciarstwem rodem z Hollywood.

Palacza - ostatni obraz Aleksieja Bałabanowa, autora wstrząsającego Ładunku 200, który konsekwentnie buduje alegoryczny obraz Rosji – dzikiego kraju pogrążąjącego się w bezprawiu i przemocy.

Czerpiące z szekspirowskiego Makbeta, podejmujące temat mocno dyskryminowanej mniejszości romskiej w Słowacji, najnowsze dzieło Martina Sulika Cygan.

A także eksplorujący granice gatunku koreański thriller Morze Żółte, który, obok ekstremalnego, bijącego na głowę Oldboya, ładunku przemocy porusza także mało znaną tematykę losu koreańskiej mniejszości zamieszkującej chińską prefekturę Yanbian.

Osobne brawa należą się organizatorom za przypomnienie laureata Wenecji z 1965 roku – sugestywnego politycznego fresku Bitwa o Algier, który w obliczu ciągłych konfliktów na Bliskim Wschodzie pozostaje wciąż aktualną i trafną próbą opisania relacji między społecznościami arabskimi a Zachodem.

I tylko cieniem na tej jednej z najprężniejszych imprez filmowych w Polsce kładzie się festiwalowa infrastruktura. Rozrzucenie imprezy pomiędzy Kinotekę a pobliskie Multikino na szczycie galerii handlowej Złote Tarasy nie buduje z pewnością atmosfery filmowego święta. Licznie dzierżący kubły z popcornem konsumenci (cóż z tego, że ambitnego) kina sprawiają, że do festiwalowej kategorii A dopisać trzeba znak minus. Bo choć WFF zaliczany jest do światowej czołówki, to - w odróżnieniu do Cannes, Wenecji czy Berlina - infrastruktura Warszawy niekoniecznie.



blog comments powered by Disqus