Copernicon 2017 - relacja z konwentu

Autor: Damian "Nox" Lesicki, Sal
Korekta: Marta Kononienko
25 października 2017

O Coperniconie słyszałem wiele dobrego, ale jakoś nigdy nie było mi po drodze, żeby zawitać na toruński konwent. W końcu jednak gwiazdy ułożyły się odpowiednio i wybrałem się na festiwal fantastyki do polskiej stolicy piernika.

Do Torunia przybyłem w piątek wieczorem – w sam raz, żeby się zarejestrować i wybrać na jeden punkt programu. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to fakt, że kasy umieszczone zostały na dworze, pod namiotami, a nie w którymś z budynków. Sam proces odbioru wejściówki i „pakietu startowego” przebiegł sprawnie. Na szczęście ominął mnie przestój, który nastąpił godzinę wcześniej z powodu braku Internetu.

 

Oprócz identyfikatora każdy uczestnik otrzymywał tabelkę programową, książeczkę z opisami poszczególnych atrakcji (miła odmiana po Pyrkonie), a także kilka mniej lub bardziej przydatnych ulotek oraz – uwaga – erratę uwzględniającą praktycznie wszystkie zmiany programowe, o których w piątek było już wiadomo. Brawo dla organizatorów za szybką reakcję!

 

Tabela z atrakcjami była przygotowana nieźle, chociaż nie ustrzeżono się pewnych błędów. Po pierwsze, umieszczono ją w książeczce, a nie na dużym arkuszu, przez co trudno było sprawdzić, co w danej chwili dzieje się w różnych blokach programowych. Nie zachowano również jednakowej wysokości wierszy. Z tego powodu trudno było na pierwszy rzut oka stwierdzić, jak długo trwa dana atrakcja oraz o której godzinie się zaczyna. Umieszczenie w tabelce prowadzących dany punkt programu także zaoszczędziłoby czas uczestników. Na szczęście była również porządnie przygotowana książeczka – podzielona na bloki programowe oraz dni, wyposażona w spis treści i zawierająca wszystkie potrzebne informacje.

Poza standardowymi reklamami wśród ulotek znajdowały się przydatne zniżki do partnerskich punktów gastronomicznych rozlokowanych w pobliżu toruńskiego rynku. Dodatkowo, za skorzystanie z ich usług, można było otrzymać pieczątki, które uprawniały do odbioru nagród w konwentowym sklepiku. Sympatyczny akcent.

 

Ze względu na brak jednej odpowiednio dużej lokalizacji w Toruniu, Copernicon odbywał się w kilku oddalonych od siebie budynkach. Na szczęście okazało się, że są one położone w takiej odległości, że nie było problemu, by zdążyć z jednej prelekcji na drugą. Tym bardziej, że organizatorzy rozsądnie zaplanowali aż piętnastominutowe przerwy pomiędzy kolejnymi punktami programu.

Minusem takiego rozstrzelenia konwentu było to, że nie odczuwało się skali imprezy (3700 uczestników). Nie mogę jednak narzekać, bo w końcu trafiłem na konwent, na którym ani razu nie odbiłem się od drzwi, chcąc dostać się na jakiś punkt programu. Brakowało mi za to trochę jakichś wystaw albo galerii, które pozwoliłyby zabić czas pomiędzy prelekcjami.

 

Również cosplayerów niespecjalnie było widać, ale może po prostu byli głównie poza budynkami. Uczestników konwentu można było spotkać bowiem na całej starówce. Tam też odbyła się parada przebierańców i umiejscowiona była strefa wystawców. Wraz z otwartym dla wszystkich gamesroomem oraz warsztatami i pokazami była ona częścią towarzyszących festiwalowi Fantastycznych Targów Popkultury – inicjatywa godna pochwały.

Jedyną atrakcją, na którą udałem się w piątek, był nieźle przygotowany Fantastyczny konkurs kadrowy. Niestety, poziom przykładów był dość zróżnicowany (kadr z Lordem Farquaadem ze Shreka i krajobraz z kinówki Fate/stay night – oba za jeden punkt), co trochę psuło zabawę.

 

Sobotę wraz ze znajomymi zaczęliśmy od prelekcji o kreskówce Niesamowity świat Gumballa. Prezentacja była bardzo fajnie przygotowana i widać było, że opowiadanie o tej pokręconej animacji sprawia prowadzącemu wiele radości.

Później udaliśmy się na punkt programu, który przygotowali Piotr W. Cholewa oraz Michał Cholewa. Była to próba usprawiedliwienia działania korporacji z filmów s-f potraktowana z przymrużeniem oka. Następnie posłuchaliśmy Krzysztofa Piskorskiego opowiadającego o przewidywaniach przyszłości w fantastyce naukowej. Mogę z całą pewnością stwierdzić, że na atrakcje przygotowywane przez tych panów można chodzić w ciemno. Poziom na pewno będzie satysfakcjonujący, a zabawa – przednia.

Prelekcja o higienie w średniowieczu skończyła się po dwudziestu minutach, co było rozczarowujące. Z kolei drugie wystąpienie Cholewów, tym razem skupiające się na historii rozwoju sztucznej inteligencji, nieco się przedłużyło, a i tak pozostawiało niedosyt, bo prelegenci mogliby spokojnie ciągnąć temat przez drugie tyle.

 

Po krótkiej przerwie obiadowej wybraliśmy się na konkurs z piosenek Disneya. Prowadzącej należą się wyrazy uznania za przygotowanie niemal trzystu pytań i konkretne wyznaczenie zakresu quizu. Muszę jednak przyczepić się do zasad, które zmieniały się w trakcie zabawy. Kolejnym mankamentem był fakt, że wielokrotnie odpowiedź znajdowała się w puszczanym fragmencie. Naprawdę można było lepiej przyciąć niektóre piosenki. Pomimo tych niedociągnięć, Disney – jaka to melodia? zapewnił mi dwie godziny sympatycznej rozrywki.

 

Kolejna atrakcja była jedną z najfajniejszych prelekcji, na jakich miałem przyjemność być. Po części ze względu na luz, jakim wykazał się prowadzący ją Roderick oraz jego autentyczną fascynację, po części przez to, że dotyczyła tematu, o którym nie wiedziałem absolutnie nic, a który wydawał się bardzo intrygujący. O jaki punkt programu chodzi? Wrestling to nie zapasy, czyli przedstawienie genezy, zasad i ideologii stojącej za popisami amerykańskich wrestlerów. Teraz już wiem, co się dzieje, gdy face i heel spotykają się w kayfabie i dlaczego nie ma nic dziwnego w pogrzebaniu przeciwnika żywcem.

 

Po tak fantastycznej atrakcji nastąpił dla nas skok na główkę do pustego basenu, czyli prawdopodobnie najgorsza prelekcja, na jakiej byłem kiedykolwiek, na jakimkolwiek konwencie w ciągu prawie dekady uczestnictwa w rozmaitych imprezach fantastycznych – Wubalubadubdub. Sekrety serialu „Rick i Morty”. Latający Potworze Spaghetti, jakie to było złe! W sumie trudno nawet mówić tu o prelekcji, bo Szymas z Konglomeratu Podcastowego i Trickstera najwyraźniej czuł kategoryczny imperatyw lansowania własnej osoby i, jak trafnie ujął to ktoś z widowni, odgrywania Ricka, chociaż ewidentnie był Mortym. Kojarzycie konkursy na najlepszą scenkę podczas cosplayów? Zawsze znajdują się osoby, które prezentują skecz – zwykle z marnym skutkiem. Wyobraźcie sobie najgorszą tego typu prezentację, jaką widzieliście i rozciągnijcie do czterdziestu pięciu. Tak właśnie wyglądał początek tego punktu programu. Później pojawiały się co prawda nawet jakieś informacje (swoją drogą, żywcem ściągnięte z Wikipedii), jednak stanowiły one jedynie tło dla czerstwego stand-upu. W ciągu pierwszych dwudziestu minut salę opuściło co najmniej kilkanaście osób. Mając na względzie własne zdrowie psychiczne, szybko poszedłem w ich ślady, w obawie, że mózg wypłynie mi uszami.

Niedziela na konwentach jest zwykle najspokojniejszym dniem. Po kilku prelekcjach postanowiliśmy zakończyć Copernicon udziałem w konkursie Co ty wiesz o Japonii, gaijinie?. Nasz poziom wiedzy na temat niuansów japońskiej kultury i historii był raczej niski, jednak okazało się, że uczestników było niewielu, a wspólna kompromitacja miała bardzo rozrywkowy charakter. Poza tym rozstrzał tematyczny pytań przygotowanych przez Wisemana był niesamowity. Ostatecznie udało mi się wygrać i wspólnie udaliśmy się do sklepiku z nagrodami, aby wydać z trudem zdobyte Copernicoiny (konwentowe monety).

 

Mój pierwszy Copernicon zaliczam do bardzo udanych. Organizacja stała na odpowiednim poziomie, jakość punktów programu (za wyjątkiem pseudoprelekcji i Ricku i Mortym) była bardzo wysoka, a miejsca dostatecznie dużo, by wszyscy chętni uczestnicy zmieścili się w salach. Trochę niedomagała tabelka i brakowało dodatkowych atrakcji, które pozwoliłyby zająć się czymś pomiędzy prelekcjami. W ostatecznym rozrachunku były to jednak drobne wady, które nie zmieniają faktu, że na pewno wrócę do Torunia za rok. I to pewnie dwukrotnie, bo przecież Polcon 2018 również odbędzie się w mieście Kopernika. – Damian „Nox” Lesicki

 

Copernicon, tak często wspominany i zachwalany wśród konwentowej polskiej społeczności, zawsze mnie intrygował i zapraszał do Torunia. Jednak znaczna odległość powodowała, że odkładałam tę imprezę na kolejny raz. W tym roku jednak się udało, a główną moją motywacją był temat przewodni konwentu, czyli urban fantasy. Ślepo podążając nie tylko za pasją, ale i ciekawością zawodową, postanowiłam połączyć przyjemne z pożytecznym i wybrać się do Torunia nie tylko na konwent, ale również by poznać miasto.

 

Kiedy dotarłam na dworzec, śmiało wyruszyłam do punktu akredytacji, który umiejscowiony był na otwartej przestrzeni - na placu Rapackiego. Spotkał mnie tam niemały tłum, bo trafiłam akurat na koniec przerwy w działaniu systemu, ale po odnalezieniu własnej kolejki (każda była ogromna – choć nie aż tak jak w sobotę rano - zarówno dla uczestników, jak i akredytacji funkcyjnych) nawet sprawnie ruszało się do przodu. Z mojej perspektywy – osoby, która przyjechała pociągiem – miejsce było dobrze dobrane, choć wiem, że uczestnicy wysiadający na dworcu PKS musieli przejść przez całe stare miasto, by dotrzeć po „pakiet startowy.” Może warto by pomyśleć w przyszłym roku o dwóch punktach akredytacyjnych? Wtedy drugi można by zlokalizowa gdzieś w Starym Mieście od północno-wschodniej strony, np. na Rynku Nowomiejskim i każdy miałby względnie blisko, a kolejka by się w pewnym stopniu rozładowała.

Sam konwent umiejscowiony był w kilku budynkach oraz namiocie (patrz wystawcy) rozmieszczonych na terenie toruńskiej starówki, co – jak wszystko – miało swoje wady i zalety. Do tych pierwszych na pewno należy zaliczyć utrudnioną dostępność i wydłużony czas potrzebny do przejścia z jednego budynku do drugiego. Szczególnie, gdy ktoś (tak jak ja) większość czasu spędzał w budynku prelekcyjnym. Wyznaczałam sobie konkretnie w planie godziny, które mogę poświęcić na szybki spacer do namiotu, żeby zdążyć i jednocześnie poświęcając jedną godzinę prelekcji, oczywiście przez cały czas czujnie spoglądając na zegarek. Jednak nie przekreślam tej idei, a nawet mimo trudności stanowczo ją popieram! Wystawcy na otwartej przestrzeni to super pomysł, choć nie wiem jak zapatrują się na to sami wystawiający, bo i pogoda bywa różna, i temperatura może nie być przychylna długiemu siedzeniu w  jednym miejscu. Jednak otwarcie na ludzi z zewnątrz jest super okazją, żeby i oni mogli zdobyć jakieś fandomowe gadżety, jak i po prostu dowiedzieć się, że istnieje coś takiego jak konwent.

Dodatkowo pochód cosplayerów przez miasto nadawał centrum miłej atmosfery, pokazywał nas – uczestników – i na pewno był dla mieszkańców i turystów niemałą atrakcją. W sobotę wieczorem, w ramach świętowania 20. rocznicy wpisania toruńskiej starówki na listę UNESCO, miał miejsce pokaz baletowy Miasto Aniołów, który pozostawił po sobie kilogramy pierza jeszcze bardziej nadając ulicom baśniowości. W wieczór ten można było dostrzec wiele spontanicznej zabawy wśród śpiewu kolęd przez zarówno konwentowiczów, jak i przyłączających się spacerujących ludzi. Warto też podkreślić, odznaczającą się na tle innych fantastycznych imprez, współpracę z miastem –porozwieszane plakaty, reklama Coperniconu, wspomniani już wystawcy, atrakcje mieszczące się w Dworze Artusa. Czuć było, że faktycznie coś dzieje się w Toruniu!

Jako że większość czasu spędziłam w budynku Wydziału Matematyki i Informatyki UMK, miejscu poświęconym przede wszystkim prelekcjom, mogę podzielić się obserwacjami właśnie stamtąd. Przez 3 dni nie trafiłam ani razu na nieprzygotowaną czy niedopracowaną prelekcję. Wszelkie zmiany w programie były na bieżąco umieszczane na stronie wydarzenia, ale i na tablicach, dzięki czemu uniknięto zamieszania i zawodu uczestników. Panele były prowadzone z głową, goście dobierani tak, że zawsze miał kto mówić – bardzo na plus. Jedynym problemem było to, że nie mogłam być w dwóch (a czasem nawet trzech!) miejscach równocześnie.

 

Na uwagę szczególnie zasługuje Tolkienowska Ścieżka Programowa – blok prelekcji prowadzony przez zaproszonych profesorów i doktorów, nadając tematyce bardziej „profesjonalnego” spojrzenia. Wystąpienia były bardzo dobrze przygotowane, dotykające różnych tematów i zapewniały wielokierunkowe spojrzenie na utwory ze Śródziemia. Pewnie nikogo nie zaskoczy, gdy powiem, że mnie szczególnie przypadł do gustu temat kartografii u Tolkiena i sposobu czytania map Profesora. Jego merytoryczność nie tylko zmieniła mój sposób patrzenia na twórczość pisarza, ale i na mapy w szerszym aspekcie.

 

Bardzo dobrym pomysłem jest połączenie festiwalu z konferencją naukową. To coś, co powinna robić większa liczba konwentów. W tym przypadku tematem konferencji była Ideologia w polskiej fantastyce. Dzięki niej można było spojrzeć na fantastykę pod szerszym kątem, nie tylko od strony podejmowanych tematów, ale też w przekroju czasowym. Uważam, że jest to świetne miejsce dla ludzi łączących hobby z karierą naukową, a przecież i o to nam chodzi.

Ponadto godnym zauważenia jest tzw. chillout room. Miejsce dla osób potrzebujących chwili wytchnienia w ciszy i spokoju. Powiem Wam, że to jest tak banalny w swej prostocie pomysł, a równocześnie tak wspaniały, że aż dziw, że nigdzie indziej się z nim nie spotkałam. A to nie jedyny, który zachwyca banalnością. Tym razem, przechodząc płynnie do informatora, rozwiązanie może trochę bardziej prozaiczne, ale nie mniej funkcjonalne – dwie puste strony przeznaczone na autografy gości. Ojeeejku, jaki to doskonały patent! Nie trzeba dźwigać stosu książek, a informator staje się szczególny, osobisty i wart miliony monet, a poza tym i tak go ze sobą nosimy. W ogóle sam fakt posiadania konkretnego papierowego informatora, który nie został zastąpiony narzuconą aplikacją, a jedynie nią uzupełniony, jest sprawą nad wyraz wartą wspomnienia. Mam parę uwag do zawartej w nim mapy Torunia i jej oznaczeń, gdyż wielość symboli i kolorów (nienawiązujących nijak do treści, które przedstawiały) co najwyżej zmniejszała czytelność. Niemniej jednak jest to rzecz bardzo ważna i dobrze, że się znalazła, szczególnie w perspektywie wydarzenia rozmieszczonego na tak rozległym obszarze.

W sprawach typowo organizacyjnych chciałam zwrócić uwagę na małą ilość helperów, którzy wykonywali swoją pracę znakomicie, lecz można było odczuć niekiedy ich brak. Rozumiem, że nie każdy był w stanie być wszędzie, ale w takim przypadku warto by w salach prelekcyjnych chociaż zostawić jakiś kontakt do kogoś dyżurnego, kto pomoże w sytuacji np. problematycznego sprzętu. Swoją drogą pierwszy raz się spotkałam, żeby komuś nie poszła prezentacja przygotowana w PDF-ie z powodu braku czytającego format programu. Ale najważniejsze, że się udało!

 

Podsumowując, Copernicon zaliczam do bardzo udanej imprezy. Toruń jest niesamowity, pokochałam go całym moim urbanistycznym serduszkiem i na pewno będę tam wracać. Pomimo paru niedoskonałości oceniam festiwal bardzo wysoko i chyba jedynym poważniejszym zastrzeżeniem jest zaniedbanie i niewykorzystanie potencjału tematu przewodniego. Na miejscu nie zauważyłam nic szczególnie ukierunkowanego w temacie urban fantasy (pomijając kilka prelekcji w ciągu trzech dni), a szkoda, bo jest to szerokie pole do popisu, szczególnie tam, gdzie konwent w tak dużym stopniu dzieje się „na mieście”. Niemniej jednak organizacyjnie zaliczam go do jednego z lepszych i zdecydowanie chcę wybrać się w przyszłym roku.

 

P.S. Zwiedzając po Coperniconie Toruń natrafiłam przez przypadek na pokaz fontanny, która psikała do rytmów muzyki filmowej i… muzyki z Wiedźmina! Przez godzinę siedziałam jak zaczarowana i nieważny był dla mnie wiatr i ogólnie panujący chłód. Najlepsze zakończenie weekendu ever! <3 – Anna Saletra



blog comments powered by Disqus