Najgorsze filmy 2015 roku okiem Gildii Filmu

Autor: Redakcja Gildii Filmu
Korekta: Damian "Nox" Lesicki
10 stycznia 2016

Filmowych podsumowań roku 2015 ciąg dalszy. Ostatnie 12 miesięcy przyniosło nam wiele bardzo dobrych tytułów, ale na ekranach pojawiły się też filmy po prostu nieudane. Oto lista zeszłorocznych obrazów, które uznaliśmy za najbardziej rozczarowujące.

Fantastyczna czwórka

Twórcy Fantastycznej czwórki marzyli o tym, by dorównać poziomem innym ekranizacjom komiksów ze stajni Marvela. Niestety na chęciach się skończyło. Nieprzemyślana historia, źle dobrana obsada, kiczowate efekty specjalne – to wszystko sprawiło, że nowa Fantastyczna Czwórka okazała się jednym z najgorszych filmów tego roku. Zabrakło dosłownie wszystkiego. Nawet najbardziej wierni fani komiksu nie byli w stanie znieść nagromadzenia niedorzeczności i błędów w tej produkcji. To nie rozczarowanie roku, tylko dziesięciolecia. – Monika "Katriona" Doerre

Hiszpanka

"Dzieło" Łukasza Barczyka to kinematograficzna ilustracja wyrażenia "jak spadać, to z wysokiego konia". Założenie Hiszpanki wcale nie jest złe, wręcz przeciwnie – historyczny thriller z wątkiem fantastycznym i powstaniem wielkopolskim w tle miał szansę, by stać się czymś wyjątkowym w polskim kinie. Niestety autor miał po prostu zbyt wiele pomysłów i wizji na tę produkcję.

Co zawiodło? Długo by wymieniać, ale spróbujmy. Po pierwsze – scenariusz. Barczyk chciał złapać zbyt wiele srok za ogon. Wymieszał sporo wątków (Paderewski, spirytyści, powstańcy, teatr, tajna policja), ale zapomniał opowiadaną historię przedstawić w sposób klarowny. Wprowadził pokaźną liczbę bohaterów, jednocześnie nie pozwalając żadnemu wyjść poza papierowy szablon. Po drugie – aktorstwo. Teatralność dialogów była podobno zamierzona i miała podkreślać różnice pomiędzy światem przedstawionym a współczesnością. Zabieg ten okazał się jednak dla większości odbiorców niezrozumiały i niestrawny. Po trzecie – konwencja. Reżyser zarzekał się, że chce zrobić widowiskowy film inspirowany historią, blockbuster na miarę naszych możliwości. Zamiast jednak, zgodnie z obietnicami, przedstawić kulisy powstania w konwencji Gwiezdnych wojen, zaserwował widowni skrajnie autorski i hermetyczny miszmasz uginający się pod ciężarem inspiracji twórczością Lyncha i Witkacego.

"Jaka piękna katastrofa", chciałoby się podsumować tę kosztującą 24 miliony złotych superprodukcję. Jednak słowa Zorby nie oddawałyby prawdy, bo choć kostiumy i scenografia istotnie robią wrażenie (co zostało docenione w Gdyni), to już efekty komputerowe wyglądają tanio i nieudolnie. Hiszpanka to mocny kandydat do Złotych Węży, a za kilkanaście lat potencjalnie kultowy film wśród miłośników kampu. – Damian "Nox" Lesicki

Jupiter: Intronizacja

Prawdopodobnie największy niewypał 2015 roku. Podczas produkcji space opery o kosmicznej księżniczce z Ziemi, rodzeństwo Wachowskich popełniło wszystkie możliwe błędy – od koncepcji na doborze aktorów kończąc. Zwiastun obiecywał za dużo – epicką historię z niebotyczną scenografią i rozpasanym, niczym w Gwiezdnych wojnach, uniwersum. Poszło na tyle źle, że widzowie podzielili się na dwie grupy – tych, którzy filmu już nie pamiętają i tych, którzy wspominają jedynie Milę Kunis czyszczącą muszlę klozetową. Film cierpi przede wszystkim na nadmiar – bez konsekwencji miesza gatunki i style, w wyniku czego ma się wrażenie obcowania z pustym emocjonalnie balonem. Niech za przykład i ostrzeżenie posłuży, skądinąd świetny, Eddie Redmayne grający tutaj z niesamowicie teatralną manierą i miną mówiącą: "W czymże mi przyszło grać… Ale trzeba zachować twarz". – Adam Robert Misiura

Jurassic World

Na kolejny film opowiadający o Parku Jurajskim fani dinozaurów czekali 14 lat, a wielbiciele oryginału autorstwa Stevena Spielberga ponad 20. I stało się… Choć już zwiastuny produkcji wywołały lawinę wątpliwości i mieszanych uczuć, wszyscy do końca wierzyli, że może jednak się uda. I gdyby Jurassic World był po prostu filmem wtórnym, który odcina kupony od kultowego oryginału, być może nie wzbudziłby aż takiej fali zawodu.

Obraz w reżyserii Colina Trevorrowa poległ przede wszystkim przez drewnianych i mało autentycznych bohaterów. Liczne drobnostki, które kłuły widza niemal w każdej scenie tylko dobiły produkcję. Na siłę wciska się nam genetyczne mieszanki (gdyż "zwykłe" dinozaury nie są dość fajne), główna bohaterka biega po dżungli w szpilkach, a czarny charakter chce wykorzystać raptory przy tworzeniu armii (!!!). Liczne odwołania do legendarnej pierwszej części cyklu tylko uwydatniają poczucie, że mamy do czynienia z marną podróbką. – osti

Pięćdziesiąt twarzy Greya

Chyba nawet sama autorka E. L. James nie spodziewała się popularności, jaką osiągnęła jej erotyczna opowieść. Historia nieśmiałej studentki Anastasii Steele, która wiąże się z sadomasochistycznym biznesmenem Christianem Greyem, pobiła w ilości sprzedanych sztuk ostatnią odsłonę przygód Harry'ego Pottera. Okrzyknięty powieścią dla niewyżytych gospodyń domowych bestseller wcześniej czy później musiał trafić na ekrany kinowe. 2 lata po wydaniu trzeciej i ostatniej części cyklu otrzymaliśmy  adaptację filmową.

W okresie Walentynek fanki tajemniczego Christiana Greya  tłumnie ruszyły do kin. Niestety, niewysokich lotów literatura doczekała się jeszcze gorszej ekranizacji. Kontrowersje wokół produkcji trwały już na etapie castingów, gdy wizja obsady odbiegała od propozycji fanów powieści. Ostatecznie, zgodnie z planem producentów, w głównych rolach podziwialiśmy Dakotę Johnson i Jamie'ego Dornana, a reżyserią zajęła się Sam Taylor-Johnson. Niestety, aktorom nie udało się stworzyć choć cienia erotycznego napięcia, które było podstawą relacji bohaterów. W sytuacjach pozbawionych pieprzyku również nie błyszczeli. Proste dialogi, które dało się przemycić w książce, w filmie nabrały komicznego wyrazu. Akcja, jeśli można w ogóle o niej mówić, została rozwleczona w czasie – z pewnością twórcy zaplanowali podzielenie finałowej części na dwa filmy, co niestety  stało się ostatnio paskudną metodą hollywoodzkich speców od marketingu. Aby nie zrazić wielbicieli produkcji (ponad 570 milionów dolarów zarobku świadczy o wielkiej ich liczbie), należy sprawiedliwie wymienić dwa plusy Pięćdziesięciu twarzy Greya: eleganckie plany zdjęciowe i soundtrack. Jeśli w kolejnych latach czekają nas takie filmowe Walentynki, to może lepiej, tak na wszelki wypadek, w tym okresie omijać sale kinowe z daleka. – Korni

Terminator: Genisys

W jednym z wywiadów James Cameron podkreślał, że Terminator: Genisys to świetny i widowiskowy obraz. Pytanie brzmi: czy na pewno go oglądał? Najnowsza odsłona jednego z najbardziej rozpoznawalnych filmowych cykli to produkcja pozbawiona klimatu pierwowzoru, niedorzeczna, absolutnie niepotrzebna i nadzwyczaj w świecie po prostu kiepska. Być może Terminator już nie powinien wracać… – Mateusz Michałek

Zgadzacie się z naszym wyborem? A może Was zawiodły zupełnie inne tytuły? Podzielcie się swoimi typami w komentarzach!



blog comments powered by Disqus