Powrót do odległej galaktyki – kilka spojrzeń na "Atak klonów"

Autor: Roan, Smok, Tomasz Nowak
Korekta: Smok
28 listopada 2015

Przebudzenie Mocy coraz bliżej. Dla tych z Was, którzy nie mają czasu na maraton dotychczasowych epizodów, a chcieliby sobie co nieco przypomnieć, przygotowaliśmy drugą część naszego cyklu mini-recenzji Gwiezdnych wojen.

Smok: Atak klonów jest chyba najbardziej niedocenianą częścią Nowej Trylogii. Do tego filmu trzeba mieć dużo cierpliwości, aby docenić rzeczy, które najzwyczajniej w świecie mogą umknąć podczas pierwszego seansu. Jedną z nich jest eksploracja odległej galaktyki. Są tacy, którzy wolą zobaczyć multum nowych planet, a są i tacy, dla których nie liczy się ilość, a poszerzanie znanego już świata. Ci drudzy z reguły byli zadowoleni po obejrzeniu Ataku klonów. Zwiedzanie razem z Obi-Wanem zakamarków Coruscant czy Świątyni Jedi daje dużo radości. Nocne życie stolicy Republiki, Roboty czy niewielki fragment dzielnicy handlowej, w którym ulokowano jadłodajnię Dexa - takich rzeczy brakowało w Mrocznym widmie i Zemście Sithów. Także podróż z Anakinem i Padme do Krainy Jezior, choć przykryta masą drętwych dialogów, może być ciekawa jeśli spojrzy się na nią, jak na szansę lepszego poznania Naboo.

Atak klonów to także wiele ciekawych wizualnie scen. O ile w Mrocznym widmie brakowało ujęć, które głęboko zapadałyby w pamięć, o tyle w epizodzie II było ich całkiem sporo. Już na samym początku widzowie otrzymują nie lada widoki. Skąpane w gęstej mgle Coruscant choć robi wrażenie, to nie jest równie przyjazne co w poprzedniej części. Skojarzenia z Mgłą czy Silent Hill są jak najbardziej na miejscu. Niekorzystne warunki atmosferyczne potęgują poczucie osaczenia i niepewności nie tylko u bohaterów opowieści. Ukazane nieco później miasto Tipoca, to również uczta dla oczu oraz kolejne mrugnięcie okiem do miłośników horrorów. Nie można też zapomnieć o poszukiwaniach Shmi, których podjął się Anakin. Moment, w którym młody Skywalker, pędzący co sił na śmigu Zephyr-G, znajduje się na tle zachodzących słońc Tatooine, to po prostu jedna z tych scen, o których pamięta się jeszcze długo po obejrzeniu filmu. Prawdziwą perełkę Lucas zostawił na sam koniec. Wielka Armia Republiki, obserwowana przez wiecznie knującego Palpatine’a, sama w sobie robi ogromne wrażenie, a jeśli doda się do tego pobrzmiewający w tle The Imperial March, to nie trudno dojść do wniosku, że jest to jedna z najlepszych scen w całej sadze.

Tomek: Po Mrocznym widmie napięcie związane z oczekiwaniem na kolejne filmy opadło. Podobnie jak temperatura wokół serii. A mimo to wszyscy chcieli się dowiedzieć, jak to będzie z tym Anakinem i jego przemianą w Dartha Vadera. I to jest mocną stroną Ataku klonów. Widać narastającą pasję, gniew, buńczuczność młodego padawana. Jego żądza niezależności, wiara we własną wyjątkowość i potęgę prowadzi go do otwartego sprzeciwu wobec mistrza, zasad zakonu i w ogóle wszystkiego, czego miał strzec jako rycerz Jedi. Gęstniejący mrok i rosnąca potęga Ciemnej Strony są wyraźnie wyczuwalne w atmosferze filmu, w jego fabule i grze Christensena i Portman.

Niepokojące jest natomiast to, co zieje już z filmowego plakatu Ataku klonów, czyli rzewne romansidło, banalna opowieść o nie do końca spełnionej miłości. No i niestety trochę tak jest - lukru, słodkich scen i słówek nie brakuje. Na szczęście część z nich wpisuje się we wspomnianą wcześniej, coraz mroczniejszą atmosferę. Nie zmienia to jednak faktu, że na koniec pojawia się nieprzyjemne i niestety słuszne przeczucie, że w Zemście Sithów o losach Republiki zadecyduje romans Padme i Anakina. Trochę to banalne.

Roan: Atak klonów jest tą częścią sagi, która stawia wiele pytań i pozostawia je bez odpowiedzi. Po zamachu na Padme, podejrzenie rzucone na zbuntowanych górników z księżyców Naboo nie zostaje w jakikolwiek sposób wytłumaczone. Czym Padme mogła im podpaść? Prywatyzacją? Inna sprawa; jak mistrz Syfo-Dyas doprowadził do zamówienia na Kamino armii dla Republiki? Klonerzy chyba nie wierzą na słowo każdemu, kto do nich przybywa, wszak przemawia do nich zawartość portfela. Ale jak w takim razie Jedi wszedł w posiadanie odpowiednich środków do dokonania takiej transakcji? Jeszcze inny motyw: w jakich okolicznościach uczeń Yody przeszedł na Ciemną Stronę Mocy? Odpowiedzi na te pytania wydają się być fascynujące z punktu widzenia wieloletniego fana uniwersum, jednak do tej pory nie padła żadna oficjalna i wyczerpująca odpowiedź na nie. Być może było to celowe działanie, a Atak klonów to jeden wielki asumpt do zgłębiania uniwersum?

Niezaprzeczalną cechą tego filmu jest mnogość efektów specjalnych. Trudno aby było inaczej w pierwszej na świecie dużej produkcji kręconej w całości kamerą cyfrową. Tak musiało być; już Oryginalna Trylogia wyznaczała pionierskie kierunki w dziedzinie tworzenia kina sci-fi, a przy powstawaniu Ataku klonów ta tendencja była kontynuowana. Części widzów nie przypadło to do gustu, gdyż odczuli przesyt przedstawionymi postaciami i lokacjami, które wydały im się zbyt nienaturalne. Dzięki temu mogliśmy jednak zobaczyć po raz pierwszy Yodę walczącego, co zasadniczo było interesującym wydarzeniem w skali całej sagi. Jeżeli zaś chodzi o sztuczność, to nieco zaskakująco sztuczne są… droidy, które szczególnie w scenach z C-3PO działają na niekorzyść ogólnego odbioru filmu.





blog comments powered by Disqus