TOP 5: Najgorsze ekranizacje komiksów

Autor: Redakcja
Korekta: Damian "Nox" Lesicki
17 lipca 2015

Dziś w kinach pojawiła się kolejna ekranizacja komiksu Marvela – Ant-Man, która na długo przed premierą wywoływała mieszane uczucia zarówno wśród recenzentów jak i fanów. Z tej okazji redaktorzy Gildii Filmu przygotowali dla swoich czytelników subiektywny przegląd pięciu najgorszych, komercyjnych ekranizacji komiksów. Miejmy nadzieję, że nowy film z MCU do nich nie dołączy.

Dragonball: Ewolucja, reż. James Wong

Wszyscy czekaliśmy na ten film. Wszyscy mieliśmy cichą nadzieję, że obejrzymy ekranizację, które spektakularnie i kreatywnie odda sprawiedliwość komiksu uwielbianego przez całe pokolenia. Niestety – wszyscy byliśmy w błędzie.

Dragonball: Ewolucja czasem wydaje się nieudanym filmem kategorii B, którego twórcy nie mają pojęcia o materiale, na którym go oparli. Czy podtytuł Ewolucja miał wskazać na próbę Zachodu zrobienia swojej własnej, hollywoodzkiej wersji uwielbianych anime i mangi? Najwyraźniej, innego wytłumaczenia bowiem nie ma.

Drewniany, niedorzeczny dialog kuleje w każdej scenie. Film został skutecznie oczyszczony z wszystkich elementów, które kojarzyły się z Dragon Ballem: zabawy, niesforności i oryginalności. Tu mamy do czynienia z kolejnym filmem akcji, który stał się tragicznie powtarzalny, nieskończenie nużący i pusty. James Masters w roli Lorda Piccolo przypominał bardziej Jima Carreya z Maski niż prawdziwy czarny charakter. Justin Chatwin wykazał się niebywałym brakiem charyzmy i powinien dostać Złotą Malinę za najbardziej obojętny wyraz twarzy. Reżyser James Wong może i ma za sobą kilka dobrych filmów, ale tu postanowił chyba odrzucić oryginał i stworzyć po prostu kino akcji na miarę Transformers. Z tym, że Transformers ma chociaż lepsze efekty specjalne…

Dragonball: Ewolucja jest tylko kolejnym przykładem na to, jak zadufani w sobie potrafią być twórcy z Fabryki Snów. Wierząc, że "oni zrobią to lepiej", popełnili największy błąd i skazali ekranizację uwielbianego Dragon Balla na falę miażdżącej krytyki. – Marta Jakubek

Ghost Rider, reż. Mark Steven Johnson

Był kiedyś taki marvelowski komiks, dość popularny (chociaż zostawał daleko w tyle za ekipą X-Menów), mroczny i pełen interesujących wątków – Ghost Rider. Jego główny bohater, Johnny Blaze, kaskader i zapalony (hehe) motocyklista, zaprzedał duszę diabłu, by uratować swojego ojca. Przeszedł imponującą metamorfozę – jego ciało zmieniło się w płonący piekielnym ogniem szkielet, ukochany motocykl również spowił żywy ogień. Johnny postanowił – współpracując z demonem – karać złych ludzi. Zwłaszcza tych, którzy nadepnęli mu na odcisk. W tym przypadku, można powiedzieć, zemsta smakowała lepiej na gorąco.

Komiks przechodził różne zmiany, z podmianką głównego bohatera włącznie, ale nadal miał w sobie "to coś". I wtedy, w 2007 roku, pojawił się Nicolas Cage. Trudno powiedzieć, kto wykonał gorszą robotę: reżyser i scenarzysta Mark Johnson, producenci Arad, Paul, De Luca i Foster, czy może spece od castingu, którzy w roli głównej obsadzili Cage’a. Dość, że film jest co najmniej mierny.

Zastanówmy się: dwudziestokilkuletniego, pełnego wigoru, sprawnego fizycznie Blaze’a gra 43-letni aktor z twarzą znudzonego życiem basseta. Jego bohater podpisuje kontrakt z Mefistofelesem i zostaje, cóż, wykiwany. Po krótkim czasie dostaje zadanie specjalne: Blackheart (sic!), nieposłuszny syn potężnego demona, pojawia się na Ziemi w towarzystwie upadłych aniołów i zaczyna poszukiwania tajemniczego cyrografu z San Venganzy. Blaze zostaje wezwany przez Mefista, otrzymuje supermoce Ghost Ridera – czyli szatańskiego łowcy głów – i w zamian za odzyskanie praw do swojej duszy ma rozprawić się z Blackheartem.

Brzmi ciekawie? Nie. Oryginalnie? Też nie bardzo. A im dalej brniemy w fabułę, tym jest gorzej. Klisza goni kliszę, Blackheart jest co najmniej zabawny, upadłe anioły – śmieszne. Blaze jako postać został charakterologicznie spłaszczony do poziomu budzącego po prostu niesmak, a słynny kunszt aktorski Cage’a wcale tu nie pomaga.

Z jaśniejszych punktów filmu: karanie "winnych" przez demonicznego Ridera wyglądało całkiem widowiskowo (te skamieniałe oczy…). Eva Mendez, jak zawsze, cieszy oko. Muzyka – nie przeszkadza. No i walki zostały napisane tak, żeby było na co popatrzeć. Czy to jednak może w jakikolwiek sposób obronić ten film? No jasne, że nie. Ghost Rider to jedna z "pomyłek przy pracy", do których Marvel nie powinien się przyznawać.

P.S. Wiedzieliście, że 5 lat później nakręcono sequel? Nie? To bardzo dobrze o was świadczy. – Dagmara Trembicka-Brzozowska

Smerfy, reż. Raja Gosnell

Powstały w 2011 roku film Smerfy oraz o dwa lata późniejszy sequel stanowią rozbudowanie kanonicznej, komiksowej opowieści o niebieskich stworkach. W obrazie nakręconym na podstawie opowieści graficznej belgijskiego rysownika Peyo, Smerfy przenoszą się za pomocą magicznego portalu do świata ludzi, gdzie z pomocą Patricka (Neil Patrick Harris) i jego żony Grace (Jayma Mays) przeciwstawiają się magicznym sztuczkom Gargamela (Hank Azaria).

Każdy, kto wychowywał się w latach dziewięćdziesiątych, doskonale pamięta wieczorynkę o niebieskich ludkach mieszkających w zaczarowanym lesie i uciekających przed wstrętnym czarnoksiężnikiem oraz jego rudym kotem. Reżyserowane przez odpowiedzialnego m.in. za fabularne wersje Scooby’ego-Doo oraz Chihuahuę z Beverly Hills Raja Gosnella kinowe wersje bajki mają jednak niewiele wspólnego z tak dobrze zapamiętanym serialem oraz komiksem. Podstawowym problemem Smerfów w wydaniu Columbia Pictures jest brak konsekwencji i zachwianie proporcji. Kanoniczny punkt wyjścia, jak np. przeszłość Smerfetki stworzonej przez Gargamela, łączony jest z nowymi, wymyślonymi wyłącznie na potrzeby produkcji postaciami (Vexy i Hankus). Nawiązujące do współczesnej popkultury żarty zawierające często podtekst seksualny mieszają się z niewybrednym slapstickiem. Model widza, do którego ma być skierowany obraz, staje się przez to zupełnie niejasny. Całkiem nieźle zrealizowane CGI oraz efekty 3D (trzeba przyznać, że Klakier zanimowany jest fenomenalnie) nie rekompensują zwyczajnie brzydkich wizerunków Smerfów. Choć lubimy historie, które już znamy (Smerfy są tak kliszowe, jak to możliwe), w produkcji Raja Gosnella brakuje nostalgicznej atmosfery, która zarówno młodszym, jak i  starszym widzom pozwoliłaby na przeniesienie się do baśniowej Wioski Smerfów. – Paulina "Polka" Pohl

Green Lantern, reż. Martin Campbell

Zielona Latarnia to jedna z najpopularniejszych grup herosów z DC Comics, ale w Polsce mało kto wie o ich istnieniu. Po nieszczęsnym filmie z 2011 roku zapewne nikt już po komiks nie sięgnie.

Ten film nie byłby może taki zły, gdyby nie szereg błędnych decyzji podjętych przez reżysera i producentów. Najpierw – obsadzenie Ryana Reynoldsa w roli Hala Jordana. Aktor już wtedy kojarzył się raczej z innego typu rolami, a do tej konkretnej pasował jak Ben Affleck do Daredevila… Pamiętacie tę klęskę?

Kolejną pomyłką było wyniesienie przez Martina Campbella efektów specjalnych ponad fabułę i bohaterów. CGI leje się z ekranu w każdym możliwym momencie – i nie zawsze są to fajerwerki na najwyższym poziomie. Trochę jak w przypadku Transformersów, tyle że tu ktoś zaoszczędził na jakości.

No i scenariusz. Na siłę patetyczny i epicki, ostatecznie mdły i nijaki. Oglądając Green Lantern mamy wrażenie, że zapomnieliśmy, co się działo trzy sceny wcześniej… Och, ale zaraz, tam nie działo się nic! No właśnie…

Podsumowując: był potencjał, wyszła sieczka. Reynolds to dobry aktor, ale tu nie miał nawet szansy się pokazać. Campbell nie jest złym reżyserem, ale tu wyraźnie nie wiedział, co robić. Całość jest nierówna (mamy kilka interesujących scen, ale toną w morzu tych kiepskich), nudna, przeładowana efektami. Lepiej sięgnąć po komiks lub kreskówkę. – Dagmara Trembicka- Brzowoska

Spirit – Duch Miasta, reż. Frank Miller

Denny Colt, młody policjant  jest oficjalnie martwy za sprawą złoczyńcy o pseudonimie Octopus. Jako zamaskowany Duch Miasta powraca do Central City i wyrusza na samotną krucjatę przeciwko swojemu zabójcy.

Po sukcesie Sin City Frank Miller postanowił zekranizować dość długą komiksową serię The Spirit. Niestety, stylizacja na Miasto Grzechu nie pomogła tej marnej produkcji. Miller jako reżyser poniósł klęskę, a my otrzymaliśmy wyjątkowo nudny film pełen dialogów, które mogą posłużyć za przykład jak nie powinno się ich pisać. Spirit – Duch Miasta szybko wyleciał ze świadomości komiksowych zapaleńców i pokazał, że Frank Miller jako reżyser sprawdza się po prostu kiepsko – nie jest zabawny kiedy powinien, ani interesujący kiedy to konieczne. – Adam Robert Misiura

Zgadzacie się z naszym rankingiem? A może macie inne propozycje najgorszych komiksowych ekranizacji? Nie zapomnijcie podzielić się swoimi opiniami w komentarzach!



blog comments powered by Disqus