TOP 5: Najlepsze przygody Jamesa Bonda

Autor: Redakcja Gildii Filmu
Korekta: Joanna Biernacik
7 listopada 2015

4 listopada w polskich kinach zadebiutowała najnowsza, 24. odsłona przygód agenta 007 Spectre. Z tej okazji redaktorzy Gildii Filmu przygotowali dla Was zestawienie najlepszych filmów o Bondzie. Propozycji było tak wiele, że nie zmieściliśmy się tytułowym TOP 5, co zapewne zrozumiecie w czasie lektury naszego subiektywnego przeglądu.

Dr No (1962 r.), reż. Terence Young

Seans Doktora No po ponad 50 latach od daty premiery może stanowić nieco bolesny powrót do przeszłości. Pokracznie nakręcone sceny walk, strzelanin i pościgów kiedyś pewnie robiły duże wrażenie, teraz ogląda się je dość ciężko. Nie sposób jednak nie docenić faktu, że już pierwsza część filmowych przygód 007 zdefiniowała całą serię. Charakterystyczne napisy początkowe, sposób przedstawiania się Bonda, wstrząśnięte (nie zmieszane) Martini z wódką, kultowy pistolet Walther PPK oraz romansowanie z Moneypenny – to wszystko zostało wprowadzone już u zarania filmów o Bondzie i zostało z nim na stałe.

Pierwszym (wielu uważa, że najlepszym) Bondem był młodziutki (jeszcze) Sean Connery, który w pewien sposób również zdefiniował całą postać 007. Aktor nawet dziś zdaje się błyszczeć na ekranie, wyprzedzając poziomem gry swoje czasy. Prekursorką wszystkich kobiet określanych „dziewczyną Bonda” została Ursula Andress i przyznać trzeba, że swoim następczyniom zawiesiła poprzeczkę bardzo wysoko. Mimo iż przez pół wieku standardy piękna mocno się zmieniły, scena wynurzenia się „Honey” z wody nawet dziś wywołuje szybsze bicie męskiego serca.  – Michał Ostiak

 

Człowiek ze złotym pistoletem (1974 r.), reż. Guy Hamilton

W tym filmie James Bond grany przez Rogera Moore’a musi walczyć o własne życie. Staje się on celem płatnego zabójcy – Francisco Scaramangi (w tej roli legendarny Christopher Lee). Aby mieć szansę na przeżycie, agent 007 musi pierwszy znaleźć swojego prześladowcę i go unieszkodliwić. Ta produkcja dała widzom świetnego antagonistę oraz broń, do której później często nawiązywano (głównie w grach komputerowych). Jednocześnie Roger Moore przekonał do siebie ostatnich niedowiarków i umocnił swoją pozycję w roli agenta MI-6. – Krzysiek Płociński

 

GoldenEye (1995r.), reż. Martin Campbell

Pierwszy z czterech filmów o agencie 007, w których główną rolę zagrał Pierce Brosnan. Tym razem James Bond musi odzyskać urządzenie sterujące potężną bronią orbitalną, czyli tytułowym „GoldenEye”. Pomoże mu w tym piękna Natalya (Izabella Scorupco), która jako jedyna wie, jak unieszkodliwić tę broń. Ten film można uznać za jeden z najlepszych z trzech powodów. Pierwszym jest obsada; oprócz aktorów już wcześniej wspomnianych pojawiają się także Sean Bean oraz Famke Jansen jako przeciwnicy Bonda. Drugi to świetna historia, oparta na autentycznych planach utworzenia broni orbitalnej. Trzecim powodem jest świetna piosenka tytułowa nagrana specjalnie do filmu. GoldenEye w wykonaniu Tiny Turner jest zdecydowanie w czołówce utworów używanych w całej serii. Warto zauważyć również, że to pierwszy Bond po rozpadzie Związku Radzieckiego, więc filmowa perspektywa musiała ulec pewnej zmianie.  – Krzysiek Płociński

 

Świat to za mało (1999 r.), reż. Michael Apted

Ostatni film o Bondzie w XX wieku jest istotny z kilku powodów. W swoim trzecim wystąpieniu w roli 007 Pierce Brosnan ostatecznie zdefiniował swoją wizję tej postaci – agenta charyzmatycznego i konkretnego w działaniach, choć nie bezlitosnego mordercy. Wreszcie jako mężczyznę, którego można zranić nie tylko fizycznie – czym w pewnym stopniu przełamał powszechnie utrwalony wizerunek Bonda, zmieniającego kobiety jak rękawiczki. Bardzo ważny dla jakości filmu okazał się też czarny charakter (a nawet para antagonistów). Renard był zarówno konkretnym anarchistycznym terrorystą, jak i postacią charakterystyczną. Na pierwszy rzut oka niepozorny mężczyzna (posturą dorównujący Robertowi Carlyle'owi) z pociskiem w głowie, który uczynił go niezdolnym do odczuwania bólu. Niewątpliwie godny antagonista dla 007. Równie znakomita jest Sophie Marceau jako Elektra King, piękna kobieta będąca bardzo złożoną postacią i prawdziwie wielowymiarową Bond-girl (sic!), o wiele bogatszą charakterologicznie od mnóstwa innych „Bondynek” w całej serii. Nie mogę nie wspomnieć o ślicznej Denise Richards, której dr Christmas Jones jest uroczym dodatkiem do filmu (choć uczciwie dodam, że – ku mojej dezaprobacie – uważana jest za jedną z gorszych kobiet Jamesa Bonda, jeśli nie najgorszą). Świat to za mało to nie tylko świetny film akcji (rządzi teaserowa scena pościgu motorówek po Tamizie!), umiejętnie buduje też napięcie i wykorzystuje potencjał aktorski (w czym zasługa Michaela Apteda, reżysera dwukrotnie nominowanego do Oscara oraz laureata innych prestiżowych nagród). Udana jest tu tytułowa piosenka w wykonaniu zespołu Garbage, ilustrująca muzycznie kapitalną czołówkę. Warte zaznaczenia jest wykorzystanie tytułowej sentencji, będącej rodzinną dewizą Bondów (a wywodzącej się z łacińskiego Orbis non sufficit).

Last but not least, nieodżałowany Q w towarzystwie asystenta, który przejmie później po nim schedę. "Pozwól, że przedstawię Ci młodzieńca, którego szkolę na swojego następcę" – tak oto z humorem wprowadzony jest mężczyzna żartobliwie ochrzczony przez Bonda jako R (w tej roli John Cleese, wówczas 60-letni "młodzieniec"). Najistotniejsze jest tu jednak klimatyczne pożegnanie z 85-letnim Desmondem Llewelynem, którego siedemnastokrotnie oglądaliśmy w roli ikonicznego dostawcy gadżetów dla 007 („Zawsze miej plan ucieczki” to ostatnia przyjacielska rada dana Bondowi przez Q). Scena z filmu miała nieoczekiwany i smutny finał w rzeczywistości – aktor zginął wskutek wypadku samochodowego trzy tygodnie po brytyjskiej premierze filmu. Jak to ujął Pierce Brosnan: „Bondów mogło być wielu, ale Q – tylko jeden”. – Marek Kamiński

 

Casino Royale (2006 r.), reż Martin Campbell

Casino Royale jest bardzo szczególnym epizodem w historii 007. Przede wszystkim to w tej części po raz pierwszy widzimy w roli Bonda Daniela Craiga, co początkowo spotkało się z falą oburzenia fanów (za niski, za brzydki, zbyt jasne włosy). Najsłynniejszy agent w służbie Jej Królewskiej Mości został tutaj przedstawiony zupełnie inaczej niż w dotychczasowych produkcjach z serii. Widzom przybliżony zostaje początek kariery 007 (Casino Royale to pierwsza książka Iana Fleminga z Bondem w roli głównej). Twórcy w zasadzie do zera ograniczyli ilość absurdalnych gadżetów bohatera, do tego podczas akcji często daje się we znaki jego brak doświadczenia.

Jakby tego było mało, przeciwnikiem Bonda w 21. części cyklu jest Mads Mikkelsen, którego iście pokerowa twarz (nie tylko podczas karcianej rozgrywki) i niesamowity głos potrafią autentycznie wywołać ciarki na plecach. Jest to jeden z najlepszych antagonistów w tego typu filmach (nikogo nie zdziwiło więc, że aktorowi wcielającemu się w Le Chiffre’a powierzono potem serialową rolę Hannibala Lectera). Casino Royale to jedyna część przygód Bonda, w której pokazuje on prawdziwie ludzkie oblicze – zakochuje się, przeżywa chwile grozy, a zapytany przez barmana o to, czy drink ma być wstrząśnięty czy zmieszany, odpowiada, że ma to gdzieś. Kapitalny film i pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów 007! – Michał Ostiak

 

Skyfall (2012 r.), reż. Sam Mendes

Fabuła, jak to w Bondzie, nie jest skomplikowana. Organizacja i M. zostały zaatakowane przez byłego agenta – Silvę, który chce się zemścić na swoich byłych mocodawcach. Jak zawsze tylko James może uratować MI-6 i szefową przed rychłą zgubą. Opis nie wskazuje na to, by Skyfall był czymś więcej niż kolejnym  Bondem z Danielem Craigiem (niewątpliwie mocno inspirowanym serią o Jasonie Bournie), jednak Sam Mendes na stanowisku reżysera udowodnił, że z tego mocno oklepanego tematu można stworzyć inteligentną i pełną artyzmu rozrywkę na najwyższym poziomie.

Wielu krytyków Craiga w roli 007 podkreśla, że obecnemu Bondowi brakuje polotu i finezji. Jednakże inaczej jest w przypadku Skyfall, które od poprzednich odsłon serii odbiega klimatem, kliszami i sposobem reżyserii. Mendes nakręcił dzieło kompletne, pełne fantastycznych pojedynków, pościgów, zwariowanych gadżetów świetnego Q, a także dylematów moralnych, głębokich relacji, niezwykłych i malowniczych zdjęć. Perełką jest genialna scena walki w wieżowcu, która dzięki wspaniałemu wykorzystaniu światłocieni jest pewnym symbolem filmu, któremu bliżej do wirtuozerii kina artystycznego aniżeli prostego mordobicia.

Skyfall wytyczyło nowe standardy w cyklu o przygodach Jamesa Bonda, którego tropem miało podążyć Spectre. Niestety, okazało się, że najnowszy sequel tylko udowodnił, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, a seria nadal podążą starymi, utartymi schematami. – Mateusz Michałek

 

Nie sposób wymienić wszystkich filmów, które zrobiły na nas wrażenie. Jakich produkcji brakuje Wam w naszym zestawieniu?



blog comments powered by Disqus