TOP 5: Niepotrzebne sequele

Autor: Mateusz Michałek, osti
Korekta: Marta Kononienko
24 września 2017

W kinach zadebiutował właśnie Kingsman: Złoty krąg, który przez wielu krytyków oceniany jest jako "zbędny". Repertuar kin corocznie pełen jest kontynuacji wielkich hitów sprzed lat, a w Internecie niemal co miesiąc pojawiają się kolejne newsy na temat nowego Avatara. Problem w tym, że sequele wielokrotnie bywają typowymi „odgrzewanymi kotletami” niskich lotów, żerującymi na popularności znanych serii. W naszym zestawieniu skupiliśmy się na kontynuacjach, na które nikt tak naprawdę nie czekał.

 

Alicja po drugiej stronie lustra (2016, reż. James Bobin)

 

Zastanawialiście się może, dlaczego Tim Burton zrezygnował z wyreżyserowania sequela swojej Alicji w Krainie Czarów? Twórca bardzo rzadko decyduje się na kręcenie kontynuacji swoich obrazów, ponieważ jego filmy zazwyczaj wyróżniają się oryginalnością, charakterystycznym stylem, a przede wszystkim ciekawą i nieszablonową fabułą. To średnio sprawdza się w przypadku filmowych serii, które wytracają początkową magię w kolejnych odsłonach. Tak właśnie jest w przypadku Alicji po drugiej stronie lustra.

Produkcji Bobina wyraźnie brakuje solidnego i jasnego dla widzów scenariusza. Zamiast tego otrzymujemy nielogiczną, szalenie schematyczną, pełną sprzeczności i niekonsekwencji fabułę. W filmie nie znajdziemy również ani grama polotu Burtona, choć warto zaznaczyć, że jego Alicja również nigdy nie była dziełem wybitnym. W połowie seansu Alicji po drugiej stronie lustra uświadamiamy sobie, że mogliśmy lepiej spędzić czas.

 

Obcy kontra Predator 2 (2007, reż. Greg i Colin Strause)

 

Zastanawialiście się kiedyś, po co kręcić sequel do filmu, który w zasadzie nikomu się nie podobał? Bracia Greg i Colin Strause nie poświęcili temu zagadnieniu nawet sekundy – a powinni byli. Obcy kontra Predator nie sprostał oczekiwaniom fanów ani jednej, ani drugiej postaci. Ba, rozczarował wielbicieli horroru, science fiction i filmów w ogóle. A jego kontynuacja?

Twórcy filmu Obcy kontra Predator 2 dostrzegli wiele błędów poprzednika. Zmieniono miejsce akcji, a tandetną przygodową otoczkę zastąpiono klimatami grozy. Niestety, zamiast gęstej i mrocznej atmosfery otrzymaliśmy soczyste gore, a poczucie zagrożenia zastąpiono wylewanymi na ekran hektolitrami posoki. Po raz kolejny okazało się, że temat, który idealnie sprawdza się w grach wideo, umiera podczas prób przetłumaczenia go na język filmu. Dwa razy.

 

Nagi instynkt 2 (2006, reż. Michael Caton-Jones)

 

Czy kogoś rzeczywiście interesowało, co dzieje się z Catherine Tramell? Nagi instynkt to jeden z najlepszych thrillerów erotycznych lat 90., który szokował widzów na całym świecie. Kto z nas nie widział chociaż raz kultowej sceny przesłuchania? Wygląda na to, że Nagi instynkt 2 powstał tylko dlatego, że Sharon Stone chciała ponownie wszystkim udowodnić swoje… walory. Wyszło to trochę tak, jakbyśmy podglądali babcię pod prysznicem.

Problem w tym, że kino się zmieniło i mocna erotyka przestała być w kinie tematem tabu. Kontynuacja stanowi wyłącznie pewną wariację na temat wydarzeń z pierwszego filmu, gdyż twórcy powielają wzorce z oryginału, dlatego główna bohaterka ponownie zostaje oskarżona o morderstwo, jest jeszcze bardziej wyuzdana seksualnie od Sashy Grey (obecnie podobno piosenkarki) i nadal z powodzeniem zaciąga do łóżka kolejnego faceta usiłującego rozwiązać jej tajemnice.

 

Dzień Niepodległości: Odrodzenie (2016, reż. Roland Emmerich)

 

Choć Dzień Niepodległości, jak większość filmów Rolanda Emmericha oraz spora część obrazów o inwazji kosmitów na Ziemię, stanowi sztandarowy przykład hollywoodzkiej szmiry, jest też egzemplarzem nie starzejącego się klasyka. Po dwudziestu latach od premiery efekty specjalne nadal robią wrażenie, historia wciąż potrafi zaangażować, a poczucie humoru ciągle wywołuje (przynajmniej u mnie) salwy śmiechu. Dlatego z odrobiną nadziei w sercu czekałem na Odrodzenie.

Srogo się jednak zawiodłem. Emmerich, czyli słynny „Master of Disaster”, pokazał na ekranie już wszystko – teraz pozostały jedynie ochłapy. Mimo kilku ciekawych pomysłów fabuła zupełnie się nie klei, a efekty specjalne, choć wyglądają wprawdzie przyzwoicie, to pamiętajmy, że pierwszy Dzień Niepodległości wywalał widzów z kapci. Smuci także poziom aktorstwa – stare gwiazdy, takie jak Jeff Goldblum i Bill Pullman dosłownie deklasują młode aktorzyny, które nie potrafią odnaleźć się w konwencji „epickiego” kina.

Dzień Niepodległości: Odrodzenie to zwyczajnie kiepski film, który żeruje na kultowym klasyku. Obawiam się, że coraz częściej będziemy używać wobec Emmericha przydomka „Mistrza Katastrofy” w zupełnie innym znaczeniu niż paręnaście lat temu.

 

Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara (2017, reż. Joachim Rønning, Espen Sandberg)

 

Wydaje się, że w liczeniu kasy nie ma lepszych od Disneya, jednak Johnny Depp robi to jeszcze lepiej, dlatego szybciej w morzu zabraknie wody, a Sparrowowi rumu niż producenci Piratów zakończą niezwykle dochodową serię.

Sequele blockbusterów muszą przede wszystkim na siebie zarobić. Ich twórcy z reguły chociaż udają, że kolejne odsłony ich produkcji wyróżniają się na tle poprzednich, prezentując nowe historie i bohaterów. Nikt nie jest jednak tak bezczelny jak producenci Piratów, którzy w gruncie rzeczy nakręcili słaby remake Klątwy Czarnej Perły. To wszystko sprawia, że Zemstę Salazara spokojnie możemy sobie odpuścić.

Przykład nowych Piratów stanowi również pewną przestrogę dla fanów Marvela i Gwiezdnych wojen, jak mogą potoczyć się losy ich uniwersum i do czego Disney jest zdolny.

W zestawieniu powinny znaleźć się również: Speed 2: Wyścig z czasem, Głupi i głupszy bardziej, Dziedzic maski i X-Men: Apocalypse. Jakie filmy, Waszym zdaniem, powinny się także znaleźć w naszym zestawieniu?



blog comments powered by Disqus